Makijaż z Pikachu, Furminator i fuck logic w Grze o Tron – ulubieńcy sierpnia 2017

Makijaż z Pikachu, Furminator i fuck logic w Grze o Tron – ulubieńcy sierpnia 2017




W sierpniu dużo czytałam, dużo oglądałam filmów i… dużo wydawałam pieniędzy. Spotkania z popkultura bardzo zacne, a wszystkie zakupowe nowości do teraz napawają mnie radością, więc w „ulubieńcach sierpnia” dużo się dzieje. Miłego czytania i oglądania, mam nadzieję, że coś Was zainspiruje i uprzyjemni Wam nadchodzące jesienne wieczory :)


Poprzekładałam cienie do nowej palety magnetycznej Glam Box


KOSMETYKI

Makijażowymi ulubieńcami są duochromowe cienie Glam Shadows, które niedawno kupiłam. W sierpniu używałam tych jasnych i pastelowych – „Holo”, „Jednorożca”, „Waty Cukrowej” i „Cytrynowej Mgiełki”. Natomiast teraz, na jesień, chętnie sięgam po „Perskie Oko”. Cienie są przepiękne, oryginalne i bardzo, bardzo efektowne! Ostatnio używam ich w prawie każdym makijażu (razem z cieniami z palety „Sweet Peach” ♥) i zbieram dużo miłych komplementów i pytań o cienie :)
Przeczytaj też: Duochromowe i metaliczne cienie Glam Shadows – haul i swatche 
Boski efekt duochromowy cieni Glam Shadows


Sierpniowe zakupy w sklepie eKobieca

Zrobiłam spore zakupy w sklepie internetowym eKobieca. Głównie „uzupełnienie zapasów” – zamówiłam kosmetyki, które mi się kończą. Po pierwsze stylizator do włosów - wybrałam Siberica Oblepica i jestem nim zachwycona, pięknie podkreśla i utrwala moje fale i loki! Nakładany solo trochę przesusza włosy, ale ostatnio wgniatam go razem z odżywką lub olejkiem i efekty są ekstra.
Kupiłam też żel aloesowy – od dawna chciałam jakiś wypróbować, bo bardzo mi służą kosmetyki z aloesem. Wybrałam ten najpopularniejszy – Holika Holika. Ma super fajne opakowanie, podoba mi się! A działanie – u mnie rewelacyjne! Mieszam z kremami lub olejkami i nakładam na twarz, dłonie, włosy, stopy, no wszędzie. Działa supernawilżająco i łagodząco. Nawet mój Mąż chętnie używa tego żelu. Jak to opakowanie się skończy to na pewno kupię następne.
Ostatni żel to kosmetyk pod prysznic. Żeli marki Vianek używam od dawna, ale teraz po raz pierwszy dorwałam tę wersję i o rany, to mój hit! Wariant „łagodzący” pachnie jak bez lilak, a to jeden z moich ukochanych zapachów! Na pewno kupię kolejne opakowania tego żelu pod prysznic, żeby rozkoszować się ulubionym zapachem, tym bardziej, że Vianek ma naprawdę rewelacyjne działanie! Żałuję tylko, że tak ciężko dorwać go stacjonarnie, bo jest świetny i kupowałabym non stop.

Na See Bloggers dostałam peeling skóry głowy Pharmaceris – jest naprawdę dobry i. Teraz używam całego zestawu kosmetyków do włosów Pharmaceris, sprawdzają się naprawdę fajnie, chciałabym za parę tygodni napisać dla Was recenzję.
Przeczytaj też: Pielęgnacja skóry głowy z Pharmaceris na See Bloggers

Nie tylko uroczy, ale też dobrej jakości - azjatycki eyeliner "Pikachu" Cathy Doll x Pokemon

Potrzebowałam nowego czarnego eyelinera, bo poprzedni się zużył. Wcześniej zawsze kupowałam eyelinery Wibo, ale tym razem postanowiłam zaszaleć i zamówiłam na Ebayu eyeliner z Pikachu marki Cathy Doll. Bałam się, że to jakiś szajs będzie – trochę głupio tak kupować kosmetyk tylko ze względu na urocze opakowanie. Ale mam szczęście – eyeliner Pikachu jest rewelacyjny i naprawdę przyjemnie się go używa. Chyba polubiłam azjatyckie eyelinery!


Pozytywne kolory lakierów hybrydowych Evo nails

PAZNOKCIE

W sierpniu na paznokciach nosiłam na zmianę hybrydy i klasyczne, holograficzne lakiery. Jeśli chodzi o hybrydy to testowałam lakiery marki Evo nails. Bardzo spodobały mi się kolory z kolekcji „Queen Rules”, są naprawdę w moim stylu. Oszalałam też na punkcie najnowszego hitu w świecie zdobień paznokci – pyłku crystal mirror (występuje też pod nazwą unicorn). Jest fantastyczny, dodawałam go do wielu zdobień i niebawem pokażę Wam jak to cudo wygląda – panuję cały długi artykuł na temat efektu crystal mirror. Zaglądajcie na cienistość.pl!
Przeczytaj też: Lakiery hybrydowe Evo Nails „Queen Rules” – swatche 

Tajemniczy i elegancki lakier A England "Saint George"

Jeśli chodzi o klasyczne lakiery to latem najbardziej lubię te o wykończeniu holograficznym. Mam już ich pokaźną kolekcję, ale w sierpniu najbardziej zachwycałam się nowym dla mnie A England „Saint George”. To piękna, przepiękna, elegancka ciemna zieleń z subtelnym holograficznym połyskiem. Och, cieszę się, że mam ten lakier!


Jednorożce zdomonowały H&M!

FAJNE RZECZY

Zrobiłam nieplanowane zakupy w H&M i na dziale z akcesoriami kupiłam piórnik w jednorożce, opalizującą (#iredescent #unicorn #crystalmirror) kosmetyczkę i gumki do włosów. W kosmetyczce noszę lakiery do paznokci, jest przecudna i aż się uśmiecham, gdy ją widzę! Gumki do włosów są takie sobie, bo za szybko się rozciągają, ale są takie ładne, że niedługo podjadę do sklepu jeszcze raz kupić kolejne opakowanie na zapas. Najbardziej podoba mi się i przydaje piórnik w jednorożce! Mój stary piórnik już wyglądał strasznie, miałam go od liceum i zaczął się pruć, a zamek zacinać. Był czas na wymianę, ale nie spieszyłam się z zakupem, bo czekałam na coś naprawdę fajnego. Tak sobie oglądałam różne piórniki i „to jest ten!” poczułam, gdy zobaczyłam jednorożce w H&M. Noszę sobie w nim ulubione długopisy, ołówki i brushpeny i bardzo, bardzo się cieszę, gdy wyciągam go z plecaka. Jest super!

Czochram Bułkę Furminatorem!

Słyszeliście o Furminatorze? To specjalne narzędzie do czesania kotów i psów. Wyczesuje wszystkie martwe włosy, także z podszerstka. Działa naprawdę szalenie skutecznie, futerko zwierzaka jest dzięki niemu super milusie i rozsiewa wszędzie mniej włosów. A Bułka aż się wije z radości jak zaczynam ją czesać Furminatorem :D Oryginalny produkt jest bardzo drogi, ceny zaczynają się od kilkudziesięciu złotych, ale wg opinii użytkowników warto tyle wydać, bo Furminator sprawdza się lepiej od tańszych wersji no-name. Ja i Bułka jesteśmy zadowolone :)


Ostatnio mało czytam papierowych książek. Dominują ebooki i audiobooki

POPKULTURALNE PODSUMOWANIE SIERPNIA

Siódmy sezon „Gry o tron” to chyba będzie mój popkulturalny ulubieniec roku! Ile emocji, o rany! Nie chcę spoilerować, więc nie będę tu komentować samej fabuły, ale mam kilka luźnych refleksji.
Po pierwsze – stwierdzam, że jednak wolę, gdy serial jest emitowany w tradycyjny sposób, jeden odcinek na tydzień. Co prawda czekanie na ciąg dalszy to tortura, ale wolę umierać z niecierpliwości, niż wciągać sezon w jeden weekend tylko po to, żeby kilka dni później o nim zapomnieć. Takie oglądanie stopniowo, odcinek po odcinku to większe przeżycie, więcej przy tym ciekawych emocji, dyskusji, jakoś wszystko wtedy jest bardziej.
Druga sprawa – jedną z największych zalet „Gry o tron” z mojego punktu widzenia to logika zachowania bohaterów. Postacie podejmują decyzje zgodne ze swoim charakterem, a nie bo tak im nakazuje fabuła. Są dzięki temu mniej papierowe i sztuczne, a bardziej żywe. Postępują jak prawdziwi ludzie, a ich historia w moich oczach przestaje być fikcją, a jest jakby realnym zapisem ich życia. I tak było przez większość sezonów serialu, jednak odkąd pracę nad fabułą „Gry o Tron” przejęli w większym stopniu scenarzyści, bo bohaterowie kierują się zasadą „Fuck logic”. To wciąż są świetnie napisane postacie, których charakter został rewelacyjnie zbudowany przez Martina i wyraźnie ukształtowany przez ostatnie lata, ale teraz to wszystko się strasznie rozmywa, a ja najnowsze sceny coraz częściej oglądam z jednym, wielkim facepalmem. Trochę smuteczkuję, ale i tak kocham ten serial i jego bohaterów, nie mogę się doczekać kolejnego sezonu.
Choć najbardziej nie mogę się doczekać kolejnej powieści z cyklu. Mam nadzieję, że nie dostanę „karnej tiary za przepierdalanie pieniędzy na głupoty”, jeżeli kupię książkę w dniu premiery. Może już zacznę odkładać?


Z serii „czytam literaturę young adult” – w sierpniu wysłuchałam audiobooków z serii „Niezgodna” (Divergent). Wciągające, szybko się czyta, jak zawsze zresztą książki z tego gatunku. To dystopijna powieść o młodej Beatrice, która staje przed wyborem do której frakcji należeć. Trochę może przypominać „Igrzyska śmierci”, wyjściowy schemat jest dość podobny, ale rozwiązania fabularne już są inne. Kilka pomysłów jest naprawdę ciekawych i bardzo polubiłam postać Cztery. Obejrzałam ekranizacje, ale na razie tylko dwie z trzech, bo o ile powieści są fajne, to wersje filmowe historii męczą. Podobał mi się dobór aktorów, ale generalnie filmy raczej zniechęcają. Byłam w stanie oglądać je tylko gdy leciały w tle do rysowania lub malowania paznokci. Książkę polecam dla fanów gatunku, filmy odradzam.

Poza tym na przełomie sierpnia i września przeczytałam kilka powieści Laili Shukri. O „Jestem żoną szejka” napisałam osobny artykuł, bardzo mi się ta książka nie podobała. „Byłam służącą w arabskich pałacach” jest trochę lepsze i bardziej się trzyma kupy, ale to wciąż literatura niskich lotów. Dwie inne książki tylko przekartkowałam (a raczej przeklikałam), bo czytać się tego nie da.
Przeczytaj też: „Jestem żoną szejka” – czy ta historia to fake? 

Valerian - komiks lepszy od filmu

Filmy wojenne to chyba jeden z ulubionych gatunków mojego męża. Siłą rzeczy obejrzałam takich produkcji dużo i powoli też zaczynam coraz bardziej je lubić, choć jeszcze niedawno na hasło „obejrzymy film wojenny?” reagowałam jękami i zawodzeniem „tylko nie toooo!”. Może dlatego, że starsze produkcje niezbyt przypadły mi do gustu. Nie odpowiada mi wizja pokazywania wojny jako czegoś chwalebnego, pożądanej przygody dla prawdziwych bohaterów. Nie lubię też czarno-białego podziału na dobrych i złych, w końcu po obu stronach są tacy sami ludzie, którzy po prostu dzielą się potem na wygranych i przegranych. Bardziej utożsamiam się ze współczesnym trendem przedstawiania wojny jako zjawiska przerażającego, niszczycielskiego i beznadziejnego. I taka właśnie jest wojna w najnowszym filmie „Dunkierka” (Dunkirk) – beznadziejna. Jest bohaterstwo, ale raczej ma postać rozpaczliwej walki o życie. Przeciwnika praktycznie nie widać, a pełną napięcia i oczekiwania walkę bohaterowie toczą z morzem. Nie ma rozbryzgów krwi, ale „bitwa” jest ogromnie emocjonująca i robi wrażenie. I za to ten film cenię – wyważony nastrój, subtelność, zjawiskowe i klimatyczne ujęcia, oszczędne dialogi, emocjonalną grę aktorów. Polecam bardzo.

Byłam też w kinie na „Valerianie”, ale trochę mnie rozczarował, dlatego do ulubieńców nie trafia. Piszę na temat tego filmu (i komiksu!) osobny wpis, pojawi się niedługo.


Nie mam czym zilustrować sekcji popkulturalnej to wstawiam zdjęcie Bułki, która robi rozpiernicz na najwyższej półce na książki. 


Jakie macie skojarzenia z półdzikimi kotami? Mi na myśl przychodzą zabiedzone, schorowane, niechciane zwierzęta. Dlatego trochę obawiałam się klimatu filmu „Kedi”, opowiadającego o kotach żyjących na ulicach Stambułu. Jednak to co zobaczyłam było niesamowite i naprawdę piękne. To nie tylko zachwycające widoku tureckiego miasta i rewelacyjnie nakręcone sceny życia kotów. „Kedi” to także zupełnie inne myślenie o kotach i inne podejście do nich. Tam koty na ulicy nie są niczyje, tak jak w Polsce. W Stambule koty są wolne, nie należą do nikogo na stałe, ale zarazem są otaczane niesamowitą opieką przez wszystkich mieszkańców miasta. To zaangażowanie i troska ludzi oraz oparta na niezależności niesamowita więź jaka się tworzy między człowiekiem a kotem to coś zachwycającego. Film jest zabawny, lekki, wzruszający, niesamowicie interesujący. Polecam bardzo! Sama na pewno za jakiś czas chciałabym obejrzeć tę produkcję ponownie.
Nie mogę jednak przestać myśleć o różnym traktowaniu kotów i różnych opiniach na temat ich trybu życia. Gdzie jest miejsce kota – w mieszkaniu czy na podwórku? Zamknięty w domu czy na wolności? Czy kot w mieszkaniu jest szczęśliwy? Czy może lepiej, gdy może biegać po okolicy nawet za cenę życia? Miałam kilka kotów, które swobodnie wychodziły na zewnątrz. Wszystkie po paru latach po prostu zniknęły. Były w pełni sił i zdrowia, gdy je widziałam po raz ostatni, długo ich szukałam, ale nie wiem co się stało, po prostu zaginęły. Teraz moją Bułkę trzymam zamkniętą w mieszkanku, wychodzi tylko na smyczy. Wiem, że czasem się nudzi i ćwierka do ptaków za oknem, ale z drugiej strony nie chciałabym jej stracić.

Jeśli jesteś ciekawy co jeszcze fajnego czytałam i oglądałam w ostatnich miesiącach to zajrzyj do pozostałych wpisów z serii ulubieńcy [klik]

Rysunkowi ulubieńcy sierpnia w moim art journal :) 

A jak tam Wasi ulubieńcy ostatnich tygodni? Co oglądacie i czytacie? :)

Kolory czy nudziaki? Paleta cieni Sleek "Del Mar vol. 2".

Kolory czy nudziaki? Paleta cieni Sleek "Del Mar vol. 2".



Jestem nieanonimową sleekomaniaczką i powinnam za to dostać „karną tiarę za przepierdalanie pieniędzy na głupoty”.

Uwielbiam, uwielbiam kolorowe cienie do powiek. Uwielbiam też palety Sleek – ostatnio o nich ucichło, ale ja ich nie zapomniałam. Dalej z przyjemnością używam, wciąż mi się bardzo podobają. Paleta Sleek i-Divine „Del Mar vol. 2” wygląda jak stworzona dla mnie, to kupiłam! Zachwyciły mnie te piękne odcienie niebieskiego, miły żółty i brzoskwinki oraz zgaszone kolory – bardzo w moim stylu. Zamówiłam ją na MintiShop jakieś pół roku temu i chyba czas na recenzję. Zacznę od swatchy i omówienia każdego cienia, pokażę też kilka makijaży wykonanych tylko tą paletą, a na koniec przedstawię Wam moją opinię na temat tych cieni.


Sleek i-Divine "Del Mar vol. 2". Lubię cienie, które mają nazwy :)






LOCO – to śliczna, opalizująca brzoskwinka. Cień jest jasny, pięknie odbija światło. Widać w nim przede wszystkim piękny, metaliczny błysk, a dopiero potem brzoskwiniowy kolor bazowy, co daje fajny efekt. Uwielbiam ten cień do lekkiego makijażu na dzień.

SAN ANTONIO – matowy brzoskwiniowy cień ze srebrnymi drobinkami. Piękny i interesujący, bardzo mi się podoba. Jaśniejszy i delikatniejszy niż jego słynny odpowiednik „Candied Peach” ze słynnej palety Too Faced, ich kolory zdecydowanie się różnią, ale oba są śliczne.

ZOOLA – piękny odcień złota. Na dzień bardzo dobry, ale do wieczorowego makijażu może być za słabo napigmentowany. Świetny odcień, jeden z moich ulubionych, ładny połysk.

PEARL – perłowy cień. Nie jest biały, raczej szampański. Taki tam standardowo do rozświetlania wewnętrznego kącika.

USHUAIA – jasny, chłodny, matowy brąz (w rzeczywistości chłodniejszy, niż na swatchu). Idealny w załamanie powieki, do rozcierania cieni.

SIESTA – matowy, ciemny brąz. Bardzo chłodny, wręcz popielaty. Używam go do przyciemniania zewnętrznego kącika i w załamanie powieki.







IBIZA ROCKS – matowy żółty cień.

PURO – pastelowy fiolet, taki trochę lila róż, trochę lawenda. Nadaje się tylko na cień transferowy do rozcierania, bo na powiece w ogóle go nie widać – prawdopodobnie jestem za blada i cień nie wyróżnia się na mojej jasnej skórze.

BORA BORA – cudowny odcień turkusu! Ale ciężko się nim robi makijaż, średnio się nakłada – na początku trochę się zraziłam i mnie zawiódł. Choć to pewnie kwestia moich średnich umiejętności, jak pokombinuję, to jest lepiej.

SPOTLIGHT – miły, grafitowy cień ze srebrnymi drobinkami. Ładny do rozcierania w załamaniu, lubię takie szarości w makijażu, stanowią piękne tło dla kolorów.

PUDA VIDA – piękny odcień zgaszonej zieleni. Matowy, ale chętnie nakładam go na powiekę ruchomą. Uwielbiam ten kolor, teraz na jesień będzie cudny.

OCEAN BEACH – wyjątkowy, morski odcień. Bardzo ładny kolor. W makijażu zlewa mi się z Bora Bora, coś nie umiem tych cieni opanować. Ale warto się przyłożyć przy aplikacji, bo kolor jest piękny i oryginalny.


Mój pierwszy makijaż z tą paletą. Niestety turkus i morski zlały mi się w jedną plamę. Dlatego na początku byłam rozczarowana tymi cieniami. Z czasem jednak coraz bardziej je lubię :) 

Taka kolorowa paleta cieni, a tyle neutralnych makijaży można wykonać przy jej pomocy. I co ciekawe - idealnie sprawdzi się na jesień :)  


MOJA OPINIA O PALECIE SLEEK DEL MAR VOL. II

Cienie w tej palecie są średnio napigmentowane, podobnie jak inne Sleeki. W wypadku nudziaków jestem w stanie to zaakceptować, a nawet potraktować jako zaletę. Jestem tylko amatorem, z takimi cieniami mogę makijaż zrobić szybko bez obawy o plamy. Lubię też jasne i delikatne makijaże na dzień. Jednak w wypadku kolorowych cieni ta średnia pigmentacja trochę mi przeszkadza i muszę się bardziej napracować przy aplikacji.
Wydaje mi się, że przez ostatnie lata zmieniła się konsystencja cieni Sleek – teraz są milsze w dotyku, takie bardziej jedwabiste, nawet maty. Mi się nie osypują - ale uważam, że zazwyczaj osypywanie to kwestia dopasowania odpowiedniej techniki nakładania cienia, a nie samych cieni.

Kupiłam tę paletę z myślą właśnie o pstrokatych kolorach, ale ostatecznie najbardziej lubię z niej te neutralne cienie, a kolorowe trochę mnie rozczarowały. Dalej jednak uważam, że paleta jest rewelacyjnie skomponowana i wszystkie odcienie są śliczne. Niektóre z nich są naprawdę bardzo oryginalne i ciekawe. Ten zestaw kolorów daje mnóstwo możliwości jeśli chodzi o makijaże neutralne jak i bardziej kolorowe. Śliczny turkus, modne brzoskwinki, cudne nudziaki i piękne zgaszone kolory. Drugiej takiej palety jeśli chodzi o dobór cieni nie widziałam, ciekawa i zaskakująco uniwersalna, na każdą okazję. Jak ostatnio wyjeżdżałam na weekend, to właśnie tą paletę zabrałam ze sobą.

Czy warto kupić?
Tak, jeżeli chcesz poeksperymentować z kolorami. Jest tam na tyle dużo subtelnych odcieni, że można zrobić dużo „bezpiecznych” makijaży, ale sporo jest też kolorowych cieni do pstrokatych akcentów.
Tak, jeżeli odpowiada Ci taka średnia pigmentacja. Dla mnie jest spoko i w pewnych sytuacjach traktuję jako zaletę.
Nie jest to jednak powalająco jakościowa paleta, raczej po prostu dobra. Nie jest niezbędna, a te kolory nie są dla każdego, ale ja je uwielbiam.
Sama na początku żałowałam zakupu, pierwsze wrażenie było takie sobie, ale ostatecznie jestem bardzo zadowolona.







PS. Teraz i tak tej palety w pewnym sensie nie mam, bo wszystkie cienie wyciągnęłam i przełożyłam do magnetycznej palety - teraz wygodniej mi z nich korzystać. Ale pokrywkę sobie zachowałam - ma świetne lusterko, z którego cały czas korzystam :)

Jak Wam się podoba "Sleek del Mar vol. 2"? :)

"Jestem żoną szejka". Czy historia Leili Shukri to FAKE?

"Jestem żoną szejka". Czy historia Leili Shukri to FAKE?



Ktoś z mojej rodziny zainteresował się książką „Jestem żoną szejka” Leili Shukri, to przy okazji sama też postanowiłam ją przeczytać. Uwaga – będą spoilery, ale raczej nie powinny odbierać przyjemności z lektury. Choćby dlatego, że cała historia jest dość przewidywalna i niewiele się tam dzieje. 

Fabuła w skrócie: kilka historii na temat kultury i zwyczajów w krajach arabskich, szokujące reportaże na temat okrucieństw przeplecione z autobiografią kobiety, która poślubiła szejka. Panna Isabell, polka zatrudniona w amerykańskiej firmie, wyjechała na kontrakt do Dubaju, gdzie poznała szejka, w którym się szaleńczo zakochała, oczywiście ze wzajemnością. Ich „płomienny romans” to długie spacery po plaży. Nic o sobie nie wiedzą, nic nie uzgadniają (w sumie musieli by do tego rozmawiać, a to w tej książce się nie zdarza), ale postanawiają wziąć ślub. Wszyscy próbują Isabell nakłonić do zmiany zdania, rodzina się od niej odwraca, ale yolo, jest ślub w Wenecji. A potem Salim każe nosić swojej żonie całkowicie zakrywający ją strój (niespodzianka) i pyta się, kiedy przejdzie na islam. Isabell rozpacza, że została zamknięta w złotej klatce (no cóż za niespodzianka), ale za to jest w szczęśliwa w miłości, więc jakoś specjalnie nie tęskni za innymi ludzmi i za wolnością, choć trochę się nudzi. Ale generalnie szczęście iż zachwyt, bo Salim jest taki romantyczny, kupuje jej prezenty, zabiera ją na wycieczki, kupuje jej prezenty, jest świetny w łóżku i kupuje jej prezenty. Product placement aż pali w oczy, żebyśmy na pewno zrozumieli, że żony szejków kupują perfumy Dior i noszą bieliznę jakiejś tam konkretnej włoskiej marki (ja za biedna na takie rzeczy, więc nawet nie próbowałam zapamiętać, choć autorka dzielnie próbowała wtłoczyć te wszystkie nazwy w tekst). O, jest też product placement wcześniejszych książek autorki. Cały czas jednak ta wielka miłość której to najbardziej mamy zazdraszczać to tylko seks i prezenty, choć oczywiście podkreślane jest, że przede wszystkim zakochali się w swoich wnętrzach. Chyba we wnętrzach jachtów, bo bohaterowie nie prowadzą ze sobą żadnych zbliżających rozmów. No dobra, jest jeszcze romantyczne deklamowanie poezji na pustynnej wydmie, ale dla mnie to się nie kwalifikuje jako rozmowa. A może to po prostu ja już jestem stara i takie romantyczne bezdety jak z hamerykańskich filmów nie robią na mnie wrażenia, bo dla mnie miłość to coś więcej i prawdziwy związek wymaga głębokiego dialogu i zrozumienia. Ale żeby był dialog, to trzeba rozmawiać, tylko po co, skoro zamiast tego można dostawać prezenty i zachwycać się „och Salim, jak Ty mnie kochasz”. W ogóle gdyby sobie przeliczyć wartość prezentu w stosunku do majątku, to tak procentowo to mój Mąż mi lepsze prezenty daje niż te książkowe brylanty od szejka, dla którego to jak waciki. Może to trzeba być innym typem człowieka i mieć inne pragnienia i oczekiwania, ale dla mnie związek z książki choć opisywany jako wielka miłość to jednak jakiś dramat i głupota. Dobrze jest mieć wybór.

W każdym razie jest mega słodko, wiec żebyśmy się nie porzygali z miłości opisy życia bohaterki poprzeplatane są z relacjami jak najstraszliwszych zbrodni, jakie się zdarzają na świecie – gwałty, wyzysk, zabijanie itp. Jak w nędznym reportażu nastawionym na sensację i wyświetlenia, są emocje, jest ludzka tragedia, ludzie czytają, autor tekstu zarabia. Te wstawki budują ogromny kontrast między przebogaconym życiem szejków, a koszmarnym życiem wykorzystywanych ludzi. I poczucie, że musi się dziwnie o tym rozmawiać siedząc w pałacu i popijając kawkę podaną przez służącą. Przyznaję jednak, że dobrze, że porusza się ten temat. Same dyskusje może nikomu nie pomogę, ale od czegoś trzeba zacząć i mam nadzieję, że przyniesie to pozytywne zmiany w życiu pokrzywdzonych.

Sama autorka też bardzo cierpi jako żona szejka. Trochę jakby z głupoty i na własne życzenie, ale nie mam wątpliwości, że cała wina leży po stronie jej męża. W końcu to on podnosi rękę na swoją żoną, którą tak niby kocha. I co najgorsze, różnego rodzaju kary wymierza właściwie bez powodu, bez uprzedzenia, bo coś sobie ubzdura. A na sam koniec swoją ukochaną najdroższą żonę gwałci. Po czym wyjeżdża bez słowa na miesiąc, zabierając dzieci. Ale spoko, bo kilka stron dalej autorka pisze, że ich małżeństwo wróciło do normalności. Jakby nic się nie stało.

Książkę szybko się czyta, mi wystarczyły na to dwa wieczory. Ale nie jest najlepiej napisana warsztatowo. W powieść wplecione jest mnóstwo opowieści na temat kultury i zwyczajów mieszkańców Bliskiego Wschodu. To bardzo, bardzo ciekawe, fascynujące wręcz, chętnie posłuchałabym na ten temat więcej! Szkoda tylko, że w powieści te fragmenty zostało podane w formie opisów rodem z Wikipedii. Dialogi to właściwie bezwstydna ekspozycja i nic więcej. Wszystkie relacje między bohaterami to tylko zapewnienia autorki, bo w rzeczywistości są zupełnie puste, papierowe, tak samo jak emocje. Historia która ma być autobiografią z każdą stroną szalenie traci na autentyczności. A to niestety może rzutować w odbiorze i obniżać wiarygodność reportażowych fragmentów na temat cierpień pokrzywdzonych osób w krajach arabskich, ze szkodą dla sprawy. Książka w żaden sposób jednak nie rozszerza tego, o czym mogliśmy już usłyszeć w mediach. W sumie równie dobrze mógłby to być zlepek różnych tekstów z internetu. A może to tylko ja jestem taka sceptyczna? Liczyłam też, że poznam lepiej samego szajka. Ale w sumie wiem tylko, że jest super przystojny, super bogaty i kocha swoją żonę (jeśli rzeczywiście ją kocha, to ja też kocham mój komputer, może jakiś prezent mu kupię, brylanty na obudowę czy coś). A chętnie zajrzałabym do głowy Salima, jestem ciekawa jego spojrzenia na świat. Musi być dość otwartym człowiekiem, skoro wziął za żonę Polkę i to wbrew swojej rodzinie. Dla niego też zderzenie kultur może być trudne, co on wtedy myślał, co musiał poświęcić? Nic o tym nie wiemy. Ale za to są opisy prezentów, prawdziwych dowodów miłości. Ech. 

Mimo tak słabo napisanego tekstu ciekawość mnie zżera i kuszą mnie pozostałe książki autorki. Obawiam się jednak, że to zainteresowanie to tylko ludzkie poszukiwanie sensacji i emocji i trochę mi z tym wstyd. Dlatego nie wiem, czy przeczytam kolejne powieści.


Czytałyście jakąś książkę Leili Shukri? Interesuje Was ten temat?
Chłopcy, wilki, dary losu i świat Gosi – ulubieńcy lipca

Chłopcy, wilki, dary losu i świat Gosi – ulubieńcy lipca




Lipiec był dla mnie ciężkim miesiącem, ale ja zawsze znajdę powody do radości, dlatego bez problemu przygotowałam pozytywną listę ulubieńców miesiąca. Gdy mam dużo pracy i obowiązków najlepiej odpoczywam i regeneruję siły chłonąc popkulturę. I w ten sposób w tym odcinku „ulubieńców” mam dla Was przede wszystkim kilka ciekawych propozycji na chwilę relaksu z książką lub serialem.


Zdjęcie z torbą #darylosu okazało się takie super, że aż je podkradł Pudelek. 

WYDARZENIA I ZDOBIENIA PAZNOKCI

Najważniejszym wydarzeniem lipca była oczywiście konferencja See Bloggers! To był mega intensywny i pełen radości oraz zachwytów weekend. Jako szalona lakieromaniaczka najbardziej cieszyłam się na warsztaty ze zdobień z marką Chiodo Pro. Malowaliśmy wakacyjne wzory – palmy, flamingi i kotwice. Na stoisku dostałam od przedstawicieli Chiodo piękny, turkusowy lakier hybrydowt „Havana Beach” z letniej kolekcji Edyty Górniak. Taki kolor to mój ulubieniec na lato! Nosiłam go z cudnymi holograficznymi płatkami, które jakiś czas temu zamówiłam na Aliexpress.
Przeczytaj też: Relacja z See Bloggers 2017
Przeczytaj też: Chiodo Pro na See BloggersPrzeczytaj też: Holo flakes i inne holograficzne pyłki do zdobień paznokci

Wzornik z warsztatów i turkusowa hybryda Chiodo Pro z holograficznymi płatkami ♥ 

Zjazd Kaszubów w Rumi - jakie masto taki open air. Ale mi się podobało i nawet chleb ze smalcem zjadłam (choć stwierdzam, że wolę ten wegański smalec z fasoli - mniejsze wyrzuty sumienia, że żrem tyle kalorii;))

Wartym wspomnienia wydarzeniem był Zjazd Kaszubów w Rumi, moim rodzinnym mieście. Choć pochodzę z Kaszub to jednak nie mówię po kaszubsku, tylko trochę rozumiem ten język. Jednak podoba mi się kultura Kaszub i zawsze chętnie dowiaduję się czegoś nowego na ten temat. W planach mam naukę haftu kaszubskiego, ale jeszcze nie wiem, kiedy znajdę na to czas. Na Zjeździe Kaszubów pogoda nie dopisała, ale i tak miło spędziłam czas przeglądając piękne rękodzieło i podziwiając tradycyjne stroje. I jeny, chcę taki strój! Wszystkie babki bez względu na wiek i figurę tak świetnie wyglądały w kaszubskich kieckach! Szczególnie podczas pokazów tanecznych tradycyjne spódnice robią wrażenie. Wysłuchałam też koncertu zespołu grającego tradycyjną muzykę z Kaszub. Ale trochę wspominam to ze wstydem i głupio mi, bo mój Mąż-żartowniś wypchnął mnie na scenę gdy szukali ochotniczek, a ja tu ani bee, ani mee, bo kaszubskiego nie znam, a „Kaszubskie Nuty” już dawno zapomniałam. Przynajmniej było śmiesznie, hehe, Mąż miał taki ubaw, że potem wszystkim opowiadał i nawet pamiątkowe video zrobił. Możecie zobaczyć poniżej, tylko te najbardziej przypałowe sceny wycięłam :P



CO NA YOUTUBE? KANAŁ ŚWIAT GOSI 

Hitem na YouTube w lipcu, zresztą nie tylko u mnie, jest kanał Świat Gosi. Trafiłam tam podobnie jak większość, dzięki filmikowi o makijażu z tutorialu RLM. Chyba musiałam tego dnia być strasznie zmęczona lub ostro prokrastynować, bo normalnie w życiu bym nie kliknęła takiego filmiku. Ale czasem nawet ja oglądam głupoty w internetach (głównie kotki, wiadomo;)), to obejrzałam też video Gosi. I przepadłam! Teraz subskrybuję!
Gosia jest zupełnie inna, niż wszystkie youtuberki, które miałam okazje obserwować. Przyznaję, że moje pierwsze wrażenie było „o rany co to jest”, ale coś mnie skłoniło, żeby filmik obejrzeć do końca i dać Gosi szansę. I jak poznałam dziewczynę lepiej, to przekonałam się, że jest naprawdę fantastyczna. Ma ciekawy styl, fajne hobby, jest naprawdę zabawna i sensownie gada. A przy tym jest tak niesamowicie spontaniczna i naturalna, jak nikt inny! U Gosi nic nie jest sztucznie wyreżyserowane, wszystko kręci telefonem, ale przy tym amatorskim podejściu filmiki są dobrze zrobione i zmontowane tak, że ogląda się to bardzo przyjemnie. Naprawdę jak na kawce z przyjaciółką, ale nie w fancy kawiarni, tylko w domu, na kanapie i w piżamie. Odpalam kanał Gosi rano, gdy sprzątam mieszkanie i robię jedzenie na cały dzień i tak wspólnie, zwyczajnie spędzamy razem czas na pogaduszkach. Jeszcze tylko brakuje, żeby Bułka zaczęła się bawić z Edgarem ;) Gosia to prawdziwy fenomen internetów, bo miesiąc temu, gdy na nią trafiłam miała tylko kilka tysięcy subskrypcji, ale wybiła się na tym video z wakacyjnym makijażem z tutorialu RLM i zjednała sobie sympatię tłumów, bo teraz ma prawie 100k subskrypcji, a jej kanał wciąż rośnie. Mega pozytywnie! I to świetny przykład, że nie trzeba mieć lustrzanki, lampy pierścieniowej i minimalistycznego tła ze światełkami, żeby zbudować fajną, zaangażowaną społeczność.
Znacie Gosię?



Ostatnio mało rysowałam, ale na ulubieńców w moim art journal zawsze znajdę czas! :) 

KULTURALNIE W LIPCU

Najważniejsza premiera lipca – Gra o Tron! Ale o tym napiszę pod koniec sezonu, z jakimś komentarzem. Jak na razie – oglądam z wypiekami na twarzy co poniedziałek!

Jak „Breaking Bad”, tylko fajniej
Jestem też fanką serialu „Better Call Saul”, w lipcu skończyłam oglądać trzeci sezon. To prequel i spin-off dla słynnego „Breaking Bad” i chyba nawet bardziej mi się podoba, niż oryginał. Saul Goodman, a właściwie Jimmy McGill w „Breaking Bad” miał zdecydowanie za mało czasu antenowego, to fantastyczna postać i zawsze byłam ogromnie ciekawa jego historii. A ta nie rozczarowuje, serial jest pełen charyzmatycznych postaci i ciekawych wątków. Nie mogę doczekać się czwartego sezonu! Może do tego czasu uda mi się lepiej uchwycić podobieństwo na rysunku Jimmiego ;)


U mnie książki to ostatnio tylko w formie audiobooków. Dzięki nim mam czas na "czytanie" ♥ 

A może by tak rzucić wszystko i pojechać do Białowieży? 
Książkowych hitem lipca jest dzieło Adama Wajraka pt. „Wilki”. Trochę autobiografia, trochę książka popularnonaukowa o przyrodzie, trochę powieść przygodowa. Wciąga niesamowicie i w magiczny sposób rzuca czas miłości do wilków. Mam też ochotę wybrać się do zoo na rysowanie zwierząt na żywo, może wtedy mój wilk wyszedłby mi lepiej, bo teraz wygląda jak mały, słodki piesek. Ale uśmiechnięty miał być celowo, bo wzorowałam się na słynnym Kazanie. Przeczytajcie jego historię!

Zagubieni chłopcy opuszczają Piotrusia Pana i zakładają gang motocyklowy pod dowództwem Dzwoneczka 
Zazwyczaj do czytania lub słuchania wybieram lekkie powieści z gatunku fantastyki i większość lipca zajęło mi słuchanie takich właśnie książek. Pochłonęłam wszystkie tomy serii „Chłopcy” Jakuba Ćwieka. Na początku kolejne opowieści o Chłopcach mnie irytowały, były strasznie szowinistyczne i głupawe, wręcz puste. Jednak coś mnie zafascynowało w bohaterach i słuchałam dalej, tym bardziej, że to odpowiednia odmóżdżająca lektura do pracy, sprzątania oraz codziennej jazdy na rowerze. A poza tym uwielbiam tego pisarza i postanowiłam mu zaufać i dać się ponieść jego historii. W kolejnych tomach atmosfera się zmienia, jest mniej głupawych, chłopięcych żartów, a więcej dorosłych problemów. Wciąż jest szowinistycznie, ale mnie czasem potrafią takie teksty bawić, więc wybaczam. No i postać Dzwoneczka jest naprawdę świetna. Z kolejnymi stronami (a właściwie – z kolejnymi plikami mp3) coraz lepiej też rozumiałam bohaterów i poznałam ich historię, a ta jest naprawdę interesująco zaprojektowana przez Ćwieka. Główne motywy opierają się bowiem na bajce o Piotrusiu Panie. A właściwie opowiadany jest jej dalszy ciąg, w którym zagubieni chłopcy opuścili Piotrusia i założyli gang motocyklowy pod dowództwem Dzwoneczka. Jest też oczywiście magiczny proszek, którym handlują członkowie gangu oraz tajemniczy, przerażający Skrót, z którego korzystają motocykliści. Uwielbiam, uwielbiam takie nawiązania do klasyki i przerabiania jej oraz wywracania na drugą stronę w poszukiwaniu własnej wizji tego świata czy dopisania niespodziewanego ciągu dalszego. Podsumowując, „Chłopcy” to jednocześnie fantastyczny fanfik „Piotrusia Pana”, głupawy szowinistyczny żart, nieco fantastyki i lekka, przyjemna rozrywka. Jeżeli odpowiada Ci taka mieszanka, to będzie dobra lektura – mi się podoba.

Przeczytaj też: Ulubieńcy czerwca - iZombie i Wonder Woman  

Ulubieńcy miesiąca narysowani :) 


Mój lipiec był wyjątkowo skromny, trochę się wycofałam, żeby zająć się sprawami rodzinnymi i przez to niewiele się działo. Ale sierpień już jest trochę lepszy, dlatego już za parę dni zacznę rysować ulubieńców tego miesiąca, bo sporo się działo.
A jak Wam mijają wakacje? Co ciekawego ostatnio czytaliście lub oglądaliście?

Duochromowe i metaliczne Glam Shadows – Jednorożec, Holo, Wata cukrowa, Cytrynowa mgiełka, Elektryczna pomarańcza, Kokietka i Perskie oko

Duochromowe i metaliczne Glam Shadows – Jednorożec, Holo, Wata cukrowa, Cytrynowa mgiełka, Elektryczna pomarańcza, Kokietka i Perskie oko




Na sierpień zaplanowałam sporo zakupów, ale większość takich standardowych i nieco "nudnych" – przede wszystkim uzupełnienie kosmetyków, które się skończyły lub zużyły. Mimo tych obowiązkowych wydatków na potrzebne rzeczy trochę zaszalałam i pozwoliłam sobie też na jedno "niepotrzebne" zamówienie. Karna tiara za przepierdalanie pieniędzy na głupoty powinna za karę wylądować na mojej głowie, ale mam tyle super radości z tych nowych rzeczy, że nawet się nie wstydzę tego wydatku! A mowa o cieniach do powiek Glam Shadows i dwóch paletach magnetycznych Glam Box. Ekscytacja na maksa, te cienie są takie piękne i takie niesamowite!Jak tylko odebrałam w piatek przesyłkę to od razu wypróbowałam nowe cienie. Zaczęłam od "Jednorożca" i "Holo" – byłam tak niecierpliwa i ciekawa, że jeden cień nałożylam na jedną powiekę, a drugi na drugą, aby zobaczyć szybko jaki dają efekt. Niby spoko, bo już był wieczór, ale chwilę później okazało się, że muszę skoczyć do Castoramy, to poleciałam, bez zmywania tych dwóch cieni, bo spieszyłam się, żeby zdążyć przed zamknięciem. W sumie nawet nikt się głupio nie patrzył, chyba nawet nikt nie zauważył, a ja byłam tak podekscytowana zamówieniem z Glam Shopu, że dopiero przy wieczornym myciu twarzy się zorientowałam, że tak wesoło chodziłam po dzielni. Rany, rany, Glam Shadows są takie cudowne!

Tymi cieniami zachwycam się od dawna, a we wrześniu miałam okazję obejrzeć część z nich na targach kosmetycznych w Gdańsku. Wtedy kupiłam tylko dwa, tak na próbę. Akurat trafiłam na koniec targów i wszystkie duochromy były już wykupione, ale wzięłam dwa piękne metaliczne cienie, które mają interesujący połysk i czadowe kolory – „Elektryczną Pomarańczę” oraz „Kokietkę”. W zeszłym tygodniu dokupiłam wszystkie interesujące mnie duochromy – „Jednorożca”, „Holo”, „Cytrynową Mgiełkę”, „Watę cukrową” oraz „Perskie Oko”. I jestem w tych cieniach zakochana!
Przeczytaj też: zakupy z targow kosmetycznych „Uroda” w Gdańsku

Duochromowe Glam Shadows na czarnej bazie - Perskie Oko, Cytrynowa Mgiełka, Holo, Jednorożec oraz Wata Cukrowa


CO TO SĄ DUOCHROMOWE CIENIE?

Używając pojęcia „duochrom” mam na myśli cienie do powiek (lub lakiery do paznokci), które mają dwa kolory jednocześnie. Opalizują i zmieniają odcień w zależności od kąta padania światła. Kolejną charakterystyczną cechą duochromów jest ich zmieniony wygląd na czarnej bazie – czerń podbija ten magiczny efekt duochromowy i wyciąga drugi,opalizujący kolor na pierwszy plan (zobacz zdjęcie powyżej).
Przeczytaj też: Duochromowe lakier stempli Colour Alike oraz Epickie lakiery z płatkami multichrome Colour Alike 


METALICZNE I DUOCHROMOWE CIENIE GLAM SHADOWS - MOJA KOLEKCJA

Wszystkie swatche tutaj robiłam palcem, na skórę bez bazy. Wybaczcie, że na niektórych zdjęciach mam dziwny odcień skóry, ale mój aparat wariował przy duochromach, a chciałam się przede wszystkich uchwycić odcień Glam Shadows i na cieniach właśnie się skupiłam.





„Perskie Oko” to rudawa baza opalizująca na zielono. Nazwałabym ten cień „Rdzawy smok” :D Będzie idealny, idealny na jesień w modnym w tym roku makijażu z ciepłymi, ceglasto-pomarańczowymi cieniami


„Cytrynowa Mgiełka” to śliczny, jasny niebieski z cytrynowym połyskiem. Wyjątkowy, bardzo ciekawy cień, w sam raz do wakacyjnego makijażu! W ogóle mój ukochany Mąż nie znosi jak maluję się na niebiesko i już mi kręcil nosem na ten cień, ale spoko, będę się „Cytrynową Mgiełką” malować na spotkania z koleżankami ;)
 

„Holo” nie jest holograficzny i wygląda niepozornie w palecie, ale jest absolutnie czadowy. To chlodna, fioletowa baza z turkusowym połyskiem. Taki trochę syrenkowy, wyjątkowy kolor. 



„Jednorożec” jaki by nie był, kupiłabym dla samej nazwy, ale tutaj sam cień bez względu na imię zachwyca. To kobiecy, jasny różowy z niebieskim połyskiem. Trochę się bałam, że będzie dla mnie zbyt chlodny, ale ma uniwersalną tonację i wygląda na powiece cudnie, cudnie. Zarówno „Jednorożec” jak i „Holo” rewelacyjnie wyglądają solo, w makijażu z tylko jednym cieniem na calej powiece – świetny, szybki makijaż na dzień z opalizującym efektem wow. 



„Kokietka” to ciepły, energetyczny fiolet opalizujący na różowo ze zlotawymi tonami. Śliczny, dziewczęcy, uwielbiam go na randki :) 



„Wata cukrowa” to słodki, ciepły pomarańcz opalizujący na cukierkowy róż. Taki uroczy i dziewczęcy. Nałożylam go z matowym, brzoskwiniowym cieniem w załamaniu. Do tego jeszcze kreska eyelinerem i w kilka minut gotowy ciekawy makijaż z ślicznym połyskiem. 



„Elektryczna pomarańcza” to czadowy, metaliczny cień w kolorze super intensywnego pomarańczu ze złotym połyskiem. Ten kolor zwraca uwagę, świetnie nadaje się do akcentów ale ja najbardziej lubię nakładać go na całą ruchomą powiekę w szalonym makijażu imprezowym. Cień bardzo w moim stylu :)




JAK NAKŁADAĆ CIENIE GLAM SHADOWS?

To wyjątkowe cienie także pod względem struktury i konsystencji. Na początku mogą się strasznie osypywać, ale to kwestia sposobu postępowania z nimi. Glam Shadows nie można traktować tak jak zwyklych cieni! Zachowują się jak sprasowany pigment, są bardzo intensywne i wystarczy odrobinka, aby uzyskać pełnię koloru, a przy tym mają delikatną strukturą, są dość miękkie. Dlatego odradzam kręcenie pędzlem kółeczek po cieni w celu pobrania koloru, bo to tylko wygeneruje mnóstwo pyłu. Zamiast tego najlepszą techniką jest delikatne przyłożenie, dociskanie pędzla do cieni. Są tak napigmentowane, że to wystarczy. Na powiece też najpierw delikatnie przykładam pędzelek do skóry wciskając cień, a dopiero potem zabieram się za rozcieranie. Z odpowiednią bazą (u mnie to cień mineralny Annabelle Minerals „Vanilla”) cienie będą się bez problemu ładnie i rownomiernie rozcierać, nie będzie plam nawet mimo przykladania pędzla.
Szczególnie uważnie trzeba się obchodzić z metalicznymi cieniami Glam Shadows. Aby wydobyć z nich pełnię koloru i moc efektu duochromowego cień trzeba delikatnie wetrzeć, wmasować w powiekę. Dzięki temu drobinki przylgną płasko do skory i będą bosko opalizować. Należy też pamiętać, że takie cienie najlepiej się wcierają w skórę płaskim pędzelkiem z syntetycznym włosiem (naturalne włosie jest lepsze do matów), palcem lub... pacynką. Tak, mam tyle świetnych pędzli, ale cały czas używam pacynek. Te z palet Sleeka są naprawdę niezłe, a ze względów higienicznych wolę pacynki, które potem myję, niż wkładanie palca do cieni.
Oczywiście duochromy i metaliczne cienie najlepiej wyglądają nakładane na mokro lub na czarną bazę, ale ja w codziennym makijażu nie bawię sięw takie dodatki, a i tak uzyskuję efekt wow, to kwestia odpowiedniej techniki. Nie jest to nic trudnego, choć brzmi skomplikowanie. Weźcie pod uwagę, że żadna ze mnie profesjonalistka, po prostu po kilku próbach zauważyłam, jakie są najlepsze sposoby i jak poruszać pędzlem. Dużo mi też pomogły filmiki Hani, w których prezentuje wszystkie cienie Glam Shadows i o nich opowiada oraz tłumaczy jak nakładać. Polecam filmiki Hani, ona jest taka sympatyczna i charyzmatyczna, tak pozytywnie i swobodnie o wszystkim opowiada, że słuchanie jej to sama przyjemność.


Glam Box - magnetyczna paleta z solidnego, białego kartonu. Kupiłam dwie i jestem bardzo zadowolona, w planach mam zamówienie trzeciej! :D 

Już poprzenosiłam swoje cienie do Glam Boxów - nowe palety pokażę Wam już niedługo! 


To nie tylko niesamowicie ciekawe i wyjątkowe cienie, o świetnej pigmentacji i trwałości, ale także polski produkt o polskich, zabawnych nazwać. Na pewno w przyszłości kupię więcej cieni Glam Shadows, bo jestem nimi absolutnie zachwycona i podoba mi się jeszcze wiele, wiele kolorów :)
Jak Wam się podobają te cienie? Macie już coś z Glam Shopu?


Czy filtr SPF w kremie BB wystarczy?

Czy filtr SPF w kremie BB wystarczy?



Co jakiś czas spotykam się z opinią „nie potrzebuję kremu do twarzy z filtrem, bo mam azjatycki krem BB który ma filtr”. Brzmi logicznie, ale śmiem kwestionować.

Jeżeli poczytamy sobie więcej na temat ochrony przeciwsłonecznej możemy doklikać się do informacji, że aby zapewnić skórze skuteczną ochronę należy nałożyć na twarz 1-2 ml kremu z filtrem (jednorazowo, nie wspominam tu o reaplikacji w środku dnia). A to naprawdę sporo. I mniej więcej taką ilość kremu nakładam na twarz codziennie rano. Mam też azjatycki krem BB, ale wklepuję w skórę ilość odpowiadającą jednemu, małemu ziarenku grochu. Oceniam to na około 0,1 ml. Cieniuteńka warstwa.


Ile kremu z filtrem należy nakładać na twarz aby zapewnić sobie ochronę przeciwsłoneczną? Internety podają 1-2 mililitry. Tutaj chlapnęłam chyba trochę za dużo nawet, z przyzwyczajenia, bo teraz smaruję również kark i potrzebuję nieco więcej kremu. A azjatycki kremu BB? Zaledwie kropelka. 

I teraz moje pytanie – czy taka ilość kremu BB lub podkładu z filtrem zapewnia odpowiednią ochronę? Czy ta kropelka daje rzeczywiście ochronę na poziomie SPF deklarowanym na opakowaniu? Wydaje mi się to mało prawdopodobne, bo gdyby to tak magicznie działało, to czemu tej samej technologii i skoncentrowania nie dało się przenieść na klasyczne kremy z filtrem? Zresztą wydaje mi się, że same Azjatki najpierw nakładają krem z filtrem, a dopiero potem dodają krem BB, który to zapewnia ochronę przeciwsłoneczną, ale raczej taką dodatkową.
Przeczytaj też: Moje ulubione kremy z filtrem na lato 

Fundamenty mojej ochrony przeciwsłonecznej twarzy: serum z witaminą C, krem z filtrem, puder lub podkład mineralny, pomadka ochronna z filtrem. A krem BB to tylko dodatek, nakładany w niewielkiej ilości. 


Przedstawiam tu tylko swoja opinię, jak na razie nie doszukałam się w Internecie faktów na ten temat. Moim zdaniem sam krem BB nie wystarcza. Dlatego co rano nakładam grubą warstwę kremu z filtrem, a dopiero potem delikatnie wklepuję odrobinę kremu BB.
Jestem bardzo ciekawa Waszego zdania – sam podkład daje radę, czy jeszcze trzeba się szpachlować filtrem? A może spotkałyście się gdzieś z wiarygodnymi tekstami tłumaczącymi poruszany przeze mnie problem?

Moja włosowa historia - dramat z wypadaniem

Moja włosowa historia - dramat z wypadaniem

Moje włosy z czasów przed włosomaniactwem i przed Hashimoto

Zawsze chciałam napisać „swoją włosową historię”, ale za każdym razem już zanim wklepałam pierwsze zdanie stwierdzałam, że to bez sensu. W skrócie brzmiałaby: Zawsze miałam ładne, zdrowe, długie kręcone włosy. Odkryłam blogi i moje włosy zrobiły się jeszcze ładniejsze, ale tylko trochę, bo już wcześniej wyglądały super. Koniec. No kurde, gdzie tu magiczna przemiana, dramatyczne zwroty akcji i morał na koniec? Nuda i bez sensu! Ale w przeszłam poważne pogorszenie i teraz, gdy zbliżam się do wygranej z włosowymi problemami, wreszcie mogę o tym napisać, a Wy będziecie mogły coś z tej historii wyciągnąć. Takie szczęście w nieszczęściu.





MOJA PIELĘGNACJA WŁOSÓW LATA TEMU

Moje włosy przez wiele lat: proste i przetłuszczające się u nasady, kręcone i lekko suche na końcach, ale bez rozdwojonych końcówek. Do pasa. A czasem dłuższe. Do fryzjera chodziłam rzadko, bo przy takiej długości bez problemu podcinałam je sama i dobrze to wyglądało.

- Codzienne mycie szamponem – za każdym razem używałam innego, zwracałam uwagę tylko na to, żeby ładnie pachniał
- Czasami odżywka do spłukiwania, raz na jakiś czas maska
- Po każdym myciu serum silikonowe na końcówki (zazwyczaj Avon, Advance techniques, zielony), aby włosy łatwiej się rozczesywały
- Myłam włosy wieczorem, po myciu rozczesywałam, spałam w warkoczu

OMG jakim cudem przy takiej przypadkowej i biednej pielęgnacji mogłam mieć ładne, zdrowe włosy do pasa?! No, to proste – nie niszczyłam ich dodatkowo. Żadnej prostownicy, żadnego lakieru do włosów ani farbowania [No dobra, było jedno farbowanie. Raz posłuchałam namowy mamy i zgodziłam się na pasemka. Fryzjerka zrobiła mi takie blond, chamski balejaż. Wstydzę się do teraz]. Jak ktoś jest zdrowy i ma w miarę zdrowe włosy, to jako taka pielęgnacja może wystarczyć i nie ma sensu wtedy się godzinami pieścić. Zawsze jednak może być lepiej, dlatego poczytałam co nieco, popróbowałam i rozpoczęłam „świadomą pielęgnację” z analizą składów kosmetyków i pełnym dopasowaniem do potrzeb.


CO ZMIENIŁAM I JAKIE DAŁO TO REZULTATY

Zaczęłam zwracać większą uwagę na to, jakiego szamponu używam. Dorzuciłam do tego odżywki o dobrym składzie oraz maski, oleje i wcierki. Nauczyłam się podkreślać skręt, zwiększać objętość fryzury i dobierać odpowiednie stylizatory.

- Włosy mniej się przetłuszczają i są dłużej „świeże”.
- Fryzura ma większą objętość, a loki są lepiej zdefiniowane
- Końcówki są w dobrej kondycji mimo rozjaśniania.
- Porowatość włosów zmieniła się z wysokiej na średnią

Było ładnie, zrobiło się bardzo ładnie :)

2009 - normmalnie mój przedziałek wyglądał tak. Nigdy nie miałam jakoś szczególnie gęstych włosów, ale nie było też dramatu. Rude końcówki - naturalne rozjaśnienie od słońca :) 2014 - już po najgorszych problemach z wypadaniem, ale wciąż więcej łysych placków nić włosów. 2017 - mój przedziałek teraz. Wciąż licho, ale lepiej. 


TO GDZIE TU DRAMAT?

Zaczęły mi wypadać włosy. Dramatycznie, bo jednym myciem głowy zatykałam odpływ. Na początku się nie przejmowałam – zawsze zbierałam ze szczotki dużo włosów, przy długości do pasa i czesaniu co parę dni spora kupa kłaków to nic dziwnego. Stwierdziłam też, że to widać skutek zmiany pielęgnacji i za jakiś czas powinno się unormować. A moje wyniki badań krwi lekarz skomentował „wszystko dobrze”.
Ale się nie unormowało. Jakoś tak się jednak złożyło, że zmieniłam lekarza, a ten z miejsca stwierdził „pani ma niedoczynność tarczycy”. Dostałam hormony, indywidualnie dobierane suplementy (m. in. żelazo, bioselen) oraz leczniczą wcierkę (na receptę). Niestety, zanim to wszystko zaczęło działać, skutki były opłakane. Miałam więcej przedziałków niż włosów, mój warkocz był żałośnie cieniutki. Tak jak wcześniej byłam mega dumna z moich włosów, stanowiły moją ozdobę i cechę charakterystyczną, tak zmieniły się w powód wstydu i kompleksów. Byłam strasznie rozżalona, próbowałam wszystkiego, ale choć zbliżyć się do stanu pierwotnego udało mi się dopiero po paru latach.
Przeczytaj też: moje sposoby przeciwko wypadaniu włosów.  

Moje włosy teraz. Dramatycznie potrzebują cięcia u fryzjera i muszę ogarnąć ich stylizację i pielęgnację, ale mimo to jest w miarę spoko, nie narzekam :) 

HAPPY ENDING?

Nigdy nie miałam gęstych włosów – raczej takie przeciętne. I teraz też wyglądają przeciętnie, ale jestem tą „przeciętnością” zachwycona, bo to dużo lepiej niż liche kłaki sprzed paru lat. Myślę, że jeszcze rok i będzie dobrze. Może nawet pomyślę o zapuszczaniu? Na razie lubię długość do ramion, lubię to, jak ładnie mi się włosy wtedy kręcą. Ale czasem tęsknię za długim warkoczem zawijanym jak korona dookoła głowy.

Napisałabym, że wróciłam do punktu wyjścia – odrosło mi mniej więcej tyle, ile wypadło. Ale jest lepiej, bo nauczyłam się bardziej o moje włosy dbać i nad nimi panować. Mam szansę, żeby za jakiś czas mieć jeszcze ładniejsze włosy niż kiedyś. Co prawda teraz skupiam się przede wszystkim na ogarnięciu skóry głowy i odbudowie gęstości włosów, a pielęgnacje fal i loków spycham na drugi plan, przez co często mam spuszone kłaki, ale jak nadrobię straty, to zabiorę się za ogólny wygląd i stylizację.




Jaka jest Wasza „włosowa historia”? Dramaty, spektakularna przemiana czy spokojnie i bez zmian?