Najlepszy peeling do ciała EVER! Peeling kawowy DIY

Najlepszy peeling do ciała EVER! Peeling kawowy DIY



Jeśli chodzi o kupowanie kosmetyków, to ja wbrew pozorom straszne skąpiradło jestem. Każdy zakup muszę sobie wcześniej porządnie przemyśleć, wyliczyć, zaplanować i jeszcze raz przemyśleć. Owszem, co jakiś czas zaszaleję z jakąś drogą rzeczą, ale z reguły jednak jestem oszczędna. Dlatego też od lat nie kupuję peelingów do ciała – po co, skoro za ułamek ceny sklepowej mogę sobie sama taki kosmetyk zrobić. I to dorównujący działaniem tym wszystkim cudom z drogerii. A mowa oczywiście o peelingu kawowym. Ale z dodatkami!

Do zrobienia domowego peelingu kawowego potrzebne są trzy składniki – kawa, baza oraz dodatek zapachowy (opcjonalnie). Wszystko mieszam w proporcjach „na oko”, w tym samym dniu, w którym chcę skorzystać z tego kosmetyku. Raczej nie przygotowuję porcji na dłużej, bo musiałabym dodawać konserwant. A poza tym robienie zapasu się nie opłaca, skoro peeling wymieszam w minutę.


DLACZEGO PEELING KAWOWY DIY?

>> Jest supertani – fusy z kawy, trochę oleju z kuchni i kilka kropel olejku eterycznego dużo nie kosztuje. No i jesteśmy eko bio organic zero waste natural OMG. I vegan bez parabenów.

>> Niby DIY a w sumie jest tak mało czasochłonne jak nic. Podczas popołudniowego parzenia kawy wsypuję fusy do miseczki, potem wieczorem dolewam olej oraz aromat, mieszam i gotowe. Kupowanie gotowego peelingu potrafi zająć więcej czasu!

>> Peeling kawowy jest mega skuteczny – stosuję raz w tygodniu na całe ciało i mam potem tak milutką, gładką skórę, że o rany!

>> Dobra opcja dla leniwej buły – nie tylko peelinguje, ale też myje ciało i działa jak balsam.

>> Mówi się, że kawa ma działanie antycellulitowe, ale nie wiem czy taki peeling coś zdziała. Poza tym phi, I don’t care. Nawet chyba mam jakiś cellulit, ale jakbym miała się nim przejmować to bym chyba zupełnie zwariowała, więc olewam sprawę ciepłym prysznicem.

Uwaga! Drobinki kawy są zbyt drapiące do delikatnej skóry twarzy, dlatego peeling ten polecam tylko do ciała (a do twarzy już kupuję coś gotowego).
Uwaga 2! Kawa brudzi i rozchlapuje się wszędzie. Ale to tylko wygląda strasznie, bo w sumie spłukanie tego wygląda chwilę, a odpływu nie zatyka.





JAK ZROBIĆ PEELING KAWOWY - PRZEPIS: 


1. PO PIERWSZE KAWA 

Tu nie trzeba nic fancy – wystarczą zwykłe fusy po porannej kawce. Ja tu jestę hipsterę i mam aromatyzowaną kawę marki Frannys (polecam gorąco), ale jak kiedyś nie piłam kawy to kupowałam najtańszą mieloną z supermarketu i działanie było identyczne. Na porcję peelingu zużywam powiedzmy 2-4 łyżki fusów, czasem trochę więcej.


2. PO DRUGIE OLEJ

Peeling samą kawą jest mało wygodny, bo się rozsypuje zamiast ładnie rozsmarowywać, dlatego potrzebne jest jakieś spoiwo. Opcje są trzy:

1. Żel pod prysznic – najprostsza sprawa. Biorę pod prysznic miseczkę z kawą, dolewam żel pod prysznic, mieszam (dłonią, bo po co brudzić łyżkę) i szoruję tą miksturą ciało. Szybko i łatwo, a do tego takie dwa w jednym – kawa złuszcza naskórek, a żel myje skórę. Balsam lub masło do ciała po takim prysznicu wskazane, aby skóra pozostała miękka i miła w dotyku.

2. Olejek myjący. Lepiej coś taniego, bo sporo tego się zużywa – polecam np. olejek „Isana” z Rossmanna. Plusy: olejek myje ciało, a po całym prysznicu nie trzeba się smarować balsamem, bo olejek lekko natłuszcza i odżywia skórę, ale jednocześnie nie jest taki tłusto-lepiący i dosyć dobrze spłukuje ciepłą wodą. Minus – olejek „Isana” sam w sobie ma niezbyt miły zapach.

3. Olej, najlepiej taki z kuchni. Oczywiście można użyć fancy oleju np. arganowego, ale ja sobie takie kosztowne cuda wolę zostawić do pielęgnacji twarzy i szyi, a do ciała idę po taniości. Najczęściej wybieram oliwę z oliwek – mam ją zawsze w kuchni, jest niedroga i łatwo dostępna, a właściwości pielęgnujące ma naprawdę zacne. Przed takim peelingiem myję ciało żelem, więc jest więcej roboty 😉 ale za to potem odpuszczam sobie balsam do ciała.


Potrzebne składniki: fusy z kawy, baza (żel pod prysznic lub olej) i opcjonalnie jakiś aromat

3. OPCJONALNE DODATKI I UMILACZE 

A może by tak aromaterapia? Odpowiedni miły zapach zapewnia już sama kawa, a jeśli się zdecydujemy na bazę z pachnącego żelu pod prysznic albo olejku to też jest miło. Najczęściej jednak wybieram opcję „fusy + oliwa z oliwek” i wtedy dodaję coś zapachowego. Oczywiście nie jest to koniecznie, ale za to bardzo przyjemne. Jak dotąd wypróbowałam dwie opcje:

1. Ulubiony olejek eteryczny – wystarczy kilka kropel. Serdecznie polecam lawendę, rewelacyjnie relaksuje i odpręża. Długo właśnie takiego olejku używałam, ale teraz sięgam po cedrowy – kocham leśne zapachy!

2. Aromat do ciasta. Tak, dobrze przeczytałyście! Warto tylko zwrócić uwagę, aby to był aromat w formie olejku, nie alkoholowy! Zawsze mi trochę zostaje po pieczeniu ciast, a to w sumie kompozycja zapachowa w roślinnym oleju, nadaje się też do peelingowej mieszanki. Wystarczy odrobina np. waniliowego albo migdałowego i efekt jest nieziemski! Sama słodycz i przyjemność :)

Peeling na bazie olejku Isana po zmieszaniu, gotowy do użycia 


No, to teraz muszę namówić Męża, żeby mi na Walentynki wyszorował plecy :D

Co wolicie – peeling kawowy DIY czy coś gotowego ze sklepu?




Hand lettering – 10 pomysłów na kreatywny napis. Podsumowanie wyzwania „Piszemy brzydkie wyrazy”.

Hand lettering – 10 pomysłów na kreatywny napis. Podsumowanie wyzwania „Piszemy brzydkie wyrazy”.




Lubię w niestandardowy sposób podchodzić do kreatywnych wyzwań letteringowo-doodlingowych. Chyba największą przyjemność przynosi mi szukanie pomysłów, zbieranie inspiracji i wymyślanie własnych rozwiązań i interpretacji. Niedawna uczestniczyłam w fajnym wyzwaniu letteringowym, w którym hasła były naprawdę niezwykłe – to była lista „brzydkich wyrazów” sprzed lat. Teraz te przekleństwa są przede wszystkim zabawne i mają w sobie sporo nostalgicznego uroku. Temat bardzo mnie zainteresował, dlatego zdecydowałam się dołączyć do zabawy, a owocem tego stała się seria 10 napisów. Każdy z nich tworzony jest w nieco innym stylu i ma zupełnie inny charakter, jedyną klamrą są tutaj rzeczone brzydkie wyrazy. Zebrałam w ten sposób mnóstwo pomysłów na hand lettering i chciałabym je Wam dzisiaj zaprezentować – być może zainspirują Was do działania i wprowadzą coś nowego do Waszych napisów.


Więcej o tym wyzwaniu dowiecie się u jego organizatorki z bloga Sierysuje.pl [klik]. 


KILKA SŁÓW O HAND LETTERINGU 

Letteringiem zaczęłam się interesować ponad rok temu – dokładniej w listopadzie 2016, przy okazji kreatywnego wyzwania ogranizowanego przez Zenję. Wtedy też pierwszy raz zabrałam się za ładne pisanie liter – na początek miałam tylko farby akwarelowe i zwykły, tani pędzelek. Ale szybko się wciągnęłam, kupiłam swój pierwszy brushpen dla początkujących oraz zeszyt ćwiczeń. Później, w styczniu 2017, przy okazji wyzwania Surley Simple przerobiłam cały alfabet (każdą literę możecie zobaczyć na Instagramie pod hahstagiem #thecieniulettering [klik]). Przez cały rok pisałam tą techniką różne nagłówki w bullet journal’u, podpisy do rysunków i dzielnie ćwiczyłam swoją technikę. Takie napisy wyglądają na skomplikowane, ale tak naprawdę tego typu pisanie jest bardzo łatwe i wymaga jedynie odpowiedniego narzędzia i trochę ćwiczeń. Więcej wskazówek zebrałam we wpisie na „Jak zacząć z hand letteringiem”. Ponieważ szybko się nudzę potrzebowałam kolejnego wyzwania i spróbowania czegoś nowego. Dlatego w tym roku postanowiłam skupić się na wyjściu poza podstawowy schemat i bardziej bawić się tymi napisami oraz ich formą, coś dorysować, zmienić krój liter.
Przeczytaj też: Podstawy hand letteringu – co to jest? Jak zacząć? ♥ 
Przeczytaj też: Kreatywne wyzwanie u Zenja i mój pierwszy hand lettering ♥ 

Ukończyłam wyzwanie! Wszystkie zdjęcia możecie zobaczyć poprzez mój hashtag #theCieniulettering ✒️ W poniedziałek albo wtorek rozejrzę się za kolejnym wyzwaniem. Coś polecacie? Zrobię też podsumowujący wpis na blogu, teraz niestety nie zdążyłam przed wyjazdem.  xoxo #surleysimple_alphabet #letterarchive #surelysimplelettering #surelysimple #surelysimplechallenge @surelysimplechallenge @surelysimpleblog #frannyscoffeepaper #handletteringnewbie #handwritingchallenge #letteringchallenge #handletteringpractise #handletter #handwritting #pentelbrushpen #calligraphyart #brushletteringpracticechallenge #letteringart #letteringdesign #letteringlove #brushletteringpractice #letteringleague #wyzwanie #challenge #blogerka #zeszytćwiczeń #podsumowanie #postanowienianoworoczne #postanowienia #postanowienie #thecieniuart
Post udostępniony przez Paulina Weiher @theCieniu (@paulinaweiher)




PSIA KOŚĆ – LETTERING I DOODLING
Połączenie napisu i doodlingowych rysunków, prostych i szybkich ilustracji. Tutaj interpretacja jest bardzo oczywista – w kilka minut narysowałam pieska z kością i dodałam napis. Warto ćwiczyć takie szybkie, nieskomplikowane rysunki, bo świetnie rozwijają umiejętności i sprawiają dużo frajdy.




DO KADUKA – TĘCZOWY GRADIENT I BANNER
Tęczowy napis pastelowymi bushpenami Pitt Artists Pen marki Faber Castell. Jeżeli przyłożymy pionowo od góry pędzelek jednego brushpena, to tusz z niego spłynie do tego drugiego. Potem gdy piszemy tym drugim brushpenem najpierw z pędzelka uwalnia się pierwszy kolor, który gradientowo stopniowo przechodzi w drugi. Świetna sztuczka, bardzo prosta a efekt daje fantastyczny.
Drugi pomysł to dodanie banerów. Trzeba je trochę poćwiczyć bo za pierwszym razem można się zakręcić z tymi zagięciami, ale na Pintereście jest dużo naprawdę pomocnych tutorialów. Polecam spróbować, bo banerki wyglądają naprawdę fajnie i efektownie, np. w bullet journal. Potem dodałam jeszcze tęczowe tło – po prostu pokolorowałam je kredkami.
Przeczytaj też: Hand lettering z produktami Faber Castell ♥ 




MOTYLA NOGA – PODPIS
Trochę mnie nudzą same napisy, ale lubię je wykorzystywać jako podpisy ilustracji. To akurat dwa w jednym – rysunek aloesu na Zenjowe wyzwanie oraz motylek inspirowany hasłem na wyzwanie „piszemy brzydkie wyrazy”.
Przeczytaj też: Jak rysuję kaktusy i sukulenty na Zenjowe wyzwanie ♥ 




KRUCA BOMBA – DŹWIĘK W KOMIKSACH
Rysunek, który trochę kojarzy mi się z tymi wszystkimi „wybuchami” w komiksach. Chmurki, rozbłyski i jedno wielkie BUM w graficznej formie. Popatrzcie sobie, jak fajnie napisy obrazują dźwięki i zapachy w komiksach – świetne inspiracje.




TAM DO KATA – PRINTS AND PATTERNS
Chyba mój ulubiony styl – fantazyjne letteringowe napisy na tle wzorów. Na początku można spróbować proste wzory, np. geometryczne albo abstrakcyjne plamy akwarelami. Ja lubię najbardziej takie z motywami roślinnymi.




CHOLERA JASNA
A czasem wystarczy coś napisać, naszym zwyczajnym pismem. Ale zrobić to na przykład wiele razy. Albo pionowo. Albo raz większymi lub mniejszymi literami. No bo cholera jasna nie jest potrzebny ani brushpen ani żadne specjalne umiejętności, żeby fajnie bawić się w hand lettering.




DO DIASKA – ŚREDNIOWIECZNE LITERY
Klasyczna kaligrafia, średniowieczna uncjała, pisanie piórem – to jest styl, który chciałabym lepiej poznać w najbliższym czasie! Jak znajdę „wolną gotówkę”, to chciałabym kupić jakieś pióro do takiej zabawy, bo niesamowicie mi się takie litery podobają! Na razie nic więcej nie napiszę, bo się nie znam ;) Ale polecam spróbować!




NIECH TO DUNDER ŚWIŚNIE – PIONOWY GRADIENT
Tu już żadnej sprytnej sztuczki nie ma – tworzę napis jasnym brushpenem, a potem dodaję cieniowanie kredkami. Trochę z tym roboty, ale za to jak to ładnie wygląda!




POHANIEC SPROŚNY – NAPIS W WIANKU
Coś bardziej pracochłonnego, ale jak pięknie wygląda! Można narysować lub namalować cały wianek albo po prostu dodać kilka kwiatków z jednej strony. Jeżeli szukacie pomysłów na wianki to obserwujcie mnie na Instagramie @paulinaweiher – w najbliższym tygodniu będę tworzyć wianki na zenjowe wyzwanie! Przez 7 dni codziennie jeden!




LEBIEGA W ZĄBEK CZESANY – MIESZANIE STYLÓW
A może by tak połączyć różne kroje pisma w jednym napisie? Zaznaczyć najważniejsze wyrazy i podkreślić je bardziej ozdobnymi literami, a pozostałe słowa napisać w stylu minimalistycznym. Na początek najlepiej wybrać dwa rodzaje pisma – jedno ozdobne i jedno proste, i połączyć je w jednej pracy. Efekty są bardzo ciekawe, a to w sumie bardzo prosty zabieg.


Który pomysł najbardziej Wam się podoba? Czego chcielibyście spróbować?

Jak rysować kaktusy i sukulenty? Zenjowe wyzwanie tydzień 1

Jak rysować kaktusy i sukulenty? Zenjowe wyzwanie tydzień 1



Tydzień temu rozpoczęło się kreatwne wyzwanie rysunkowo-kaligraficzne organizowane przez Kasię z bloga zenja.pl – #zenjowewyzwanie. Ma trwać aż sto dni, ale jest podzielone na tematyczne tygodnie – można śmiało dołączyć tylko na jakiś czas. Ja ambitnie postanowiłam wytrwać aż do samego końca, a dzisiaj przedstawię Wam moje prace z pierwszych siedmiu dni, kiedy to skupialiśmy się na kaktusach i sukulentach.

Uwielbiam uczestniczyć w instagramowych wyzwaniach kreatywnych! Jednak nie ze względu na motywację do rysowania czy jakąś rywalizację. Nie potrzebuję dodatkowej zachęty, żeby usiąść do rysować – i tak robię to w niemal każdej wolnej chwili. Od razu też przyznaję – i tak nie rysuję codziennie, ponieważ nie jestem w stanie znaleźć na to czas każdego dnia. Wszystkie prace na wyzwanie przygotowuję z parodniowym wyprzedzeniem. Ale uwielbiam, uwielbiam społeczno-towarzyski wymiar wyzwania. Uwielbiam oglądać prace innych, podziwiać ich kreatywne pomysły i to jak bardzo różnorodne ilustracje powstają na wspólny temat.
Przeczytaj też: Wyzwanie #project_plant - uczę się malować kwiaty ♥ 

Dzień 6 - grubosz. Aby uatrakcyjnić rysunek tej prostej roślinki pomyślałam o dorysowaniu sukulentowego terrarium. A gdy szukałam inspiracji trafiłam na takie cudne dekoracje z żarówki - mogłabym mieć takie w domu! 


"Motyla noga" to hasło na inne wyzwanie - #piszemybrzydkiewyrazy. Dlatego aloes dostał w zestawie tego kolorowego motyla, a ja machnęłam dwa obrazki w jednym ;) 


JAK POWSTAJĄ MOJE RYSUNKI?

Chciałabym Wam opowiedzieć o moim procesie przygotowywania ilustracji. Nie do końca o samym rysowaniu, bo to u każdego wygląda inaczej ze względu na różny poziom umiejętności. Ale chciałabym podzielić się z Wami tym, jak szukam pomysłów i wymyślam swoje ujęcie tematu, tak aby obrazek był ciekawy.

Zaczynam od wyszukiwania inspiracji. Sprawdzam najpierw hasła na Wikipedii – spisuję nazwy łacińskie i angielskie do dalszego wyszukiwania, szukam ciekawostek związanych z danymi roślinami. Dzięki temu na przykład wpadłam na pomysł, aby na ilustracji z agawą pokazać tequilę przygotowywaną z tej rośliny oraz wyczytałam, że echinokaktus nazywany jest „poduszką teściowej”.

Pomysłów na ilustracje szukam też na Pintereście. Tutaj jednak ważne jest, aby nie kopiować 1:1 prac innych twórców, ale inspirować się, łączyć różne style i motywy i stworzyć samemu coś nowego. To taka „twórcza kradzież”, jak to pięknie opisał kiedyś Austin Kleon (zobacz o co chodzi tutaj). Przykład – znalazłam piękną i ciekawą ilustrację z ptakami siedzącymi naopuncjach (klik), bardzo mi się ten pomysł połączenia zwierząt i kaktusów podobał, ale ostatecznie moja praca wyglądała zupełnie inaczej, niż rysunek, który mnie zainspirował. Postawiłam na zupełnie inny, bardziej realistyczny styl i szczegółowo przedstawiłam konkretny gatunek ptaka. Wyczytałam bowiem na Wikipedii, że jest taki ptak jak strzyż kaktusowy (cactus wren) o ciekawym wzorze ubarwienia – stwierdziłam, że będzie pięknie wyglądał na tle opuncji.

 Jeżeli jesteście ciekawi moich pomysłów i interpretacji przygotowanych na następny tydzień wyzwania, to zapraszam serdecznie na specjalnie do tego utworzoną tablicę na moim Pintereście (klik). Zapisuję tam wszystkie zdjęcia z jakich korzystałam i jakie mnie zainspirowały lub podsunęły jakieś pomysły. Być może na podstawie tego, co już tam zebrałam będziecie w stanie zgadnąć i przewidzieć, jakie motywy wplotę do moich rysunków na wyzwanie.


Opuncja i strzyż kaktusowy, dzień pierwszy. To chyba mój ulubiony rysunek z tego wyzwania, jestem z niego bardzo zadowolona! 
Gdy rysowałam opuncję dużo zerkałam na jej zdjęcie - chciałam uchwycić jej trójwymiarowość, to jak padają na nią cienie, jakie ma kolory, jak układają się wypustki z kolcami. W wypadku strzyża pomoc zdjęcia też była konieczna, żeby choć mniej więcej oddać wzory jego pięknego upierzenia. 


W rysowaniu bardzo ważne jest znalezienie odpowiednich referencji, wzorców. To dlatego, że nasz mózg chodzi na skróty i zamiast przechowywać dokładne obrazy roślin i zwierząt – przechowuje ich symbole. Gdybym chciała tak z głowy narysować na przykład motyla, to miałby on formę symboliczną, tak jak rysują to dzieci. A tak naprawdę motyl ma pewne bardzo charakterystyczne cechy, na które nie zwracamy uwagi, choć patrzymy na te stworzenia wielokrotnie przez całe życie i wydaje się nam, że wiemy, jak wyglądają. Jednak aby uchwycić rzeczywistą naturę zwierząt, roślin i przedmiotów trzeba poświęcić najpierw czas na ich obserwację. Dlatego przed rysowaniem studiuję uważnie fotografie sukulentów. Obserwuję jaką mają fakturę, gdzie są wypukłości, a gdzie zagłębienia, jakie są kolory i kształt kolców, jak pada na roślinę światło, jaki wybrać odcień zieleni. Normalnie nie zwróciłabym na to uwagę, ale to właśnie ta chwila uważności zmusza mój mózg do prawdziwego postrzegania świata do dookoła i sprawia, że łatwiej jest uchwycić na rysunku podobieństwo i cechy charakterystyczne. Oczywiście największe znaczenie ma to w rysunkach w stylu realistycznym, ale przy tych komiksowych i stylizowanych też jest to istotne. Na przykład Echinokaktus, którego rysowałam komiksowo ma pionowo ułożone zagłębienia i wypukłości z których wyrastają kolce, natomiast powierzchnia Mamilarii tworzy siatkę wypustek, z których wyrastają rozetkowate, włochate kolce. Na pierwszy rzut oka obie rośliny to okrągłe, zielone kaktusy, ale jeżeli poznamy je bliżej to zauważamy ich ukryte cechy, poznajemy je bliżej.


Mamiliaria - dzień 3 wyzwania, ale mój pierwszy, bo zaczęłam kilka dni wcześniej ;) 

Zdjęcie z Pixabay, an którym się wzorowałam. 

Najbardziej lubię ostatnie ten bardziej realistyczny styl, więcej się dzięki niemu uczę, ale lubię też od czasu do czasu coś bardziej komiksowego. 

To zdjęcie z Pixabay pomogło mi przyjrzeć się szczegółom budowy echinokaktusa. 

Rysowanie zaczynam więc od wyszukiwania zdjęć. Najczęściej sprawdzam je na stronie pixabay, ponieważ obrazy z tego serwisu można za darmo wykorzystywać, a zasoby tego „stocka” są naprawdę bogate, dobrze opisane i świetnej jakości. Jeżeli przerysowuję zdjęcie 1:1 w realistycznym ujęciu, z wykorzystaniem charakterystycznych cech zdjęcia, to staram się korzystać z darmowych referencji, żeby nie kraść czyjejś pracy i twórczości – tak zrobiłam na przykład z Haworsją i Mamilarią.
Często jednak obserwuję kilka zdjęć i łączę je w jedną ilustrację, tworzę taki miks z którego właściwie nie da się wyodrębnić wzorców. Szczególnie przy bardziej skomplikowanych ilustracjach z większą ilością elementów. Przykładowo do obrazka z agawą oglądałam zdjęcie butelki stojącej na beczce, dwie fotki liści agawy, kilka ujęć kwiatów agawy oraz stockowe zdjęcie limonki. W takich sytuacjach zdarza mi się podpatrywać „grafiki google”, ponieważ finalny rezultat to coś niezależnego i zupełnie nowego względem referencji. Generalnie jednak staram się jak najczęściej używać darmowych zdjęć ze stocków albo z własnej kolekcji fotografii.


To zdjęcie zebrało najwięcej komentarzy - dziękuję za wszystkie miłe słowa! ♥ 

Haworsja i zdjęcie referencyjne. Jak widzicie nie jest identycznie - przede wszystkim dlatego, że tak nie potrafię. A poza tym taki superdokładny fotorealizm mnie nie kręci i nie jest moim celem. Dlatego ogólnie nawet jestem zadowolona z tego rysunku, choć oczywiście nie jest idealnym odwzorowaniem zdjęcia. Chciałabym jednak zwrócić Waszą uwagę na podkręcone kontrasty na rysunku w porównaniu do wzorca -  obserwowałam wiele realistycznych prac na grupach i zauważyłam, że warto w rysunku właśnie tak mocniej zaznaczyć światłocienie, niż obserwujemy to w rzeczywistości, bo dzięki temu rysunek lepiej wygląda. 


Jeśli chodzi o samo rysowanie, to aktualnie moją ulubioną techniką jest łączenie kredek i promarkerów. Zaczynam od ogólnego szkicu ołówkiem. Potem rysuję kontury – jeżeli rysunek ma być realistyczny to linie delikatnie zaznaczam kredką, a w bardziej komiksowym ujęciu sięgam po ulubione cienkopisy Micron, zazwyczaj wybieram grubość 0,1 oraz 0,05. Wymazuje ołówek i zabieram się za kolorowanie markerami alkoholowymi. Uwielbiam je, ponieważ pozwalają na bardzo szybkie pokrycie kolorem dużej powierzchni i stworzenie wstępnego cieniowania. Niestety są dosyć drogie, dlatego nie mam jeszcze pełnej palety kolorów, ale nic nie szkodzi, bo markery można ze sobą mieszać, a tam gdzie wciąż brakuje mi odcienia to dodaję kredki. Używanie samych kredek jest bardzo czasochłonne, ale dodanie ich na wstępnie pokolorowany markerami obrazem oszczędza czas, a jednocześnie pozwala na uzyskanie większej precyzji i bardziej trójwymiarowy, realistyczny efekt. Kredkami dodaję cienie oraz podkreślam najjaśniejsze, oświetlone miejsc. Dodanie nierównomiernie nałożonych kredek na gładką powierzchnię markerów pozwala też na podkreślenie faktury np. piasku lub piór.
Przeczytaj też: Markery alkoholowe - wskazówki dla początkujących ♥ 

Zastanawiałam się nad przygotowaniem mojego pierwszego „speed drawing’u” pokazującego jak rysuję. Nie jestem profesjonalistą, ale w sumie jak na amatora i samouka całkiem spoko mi wychodzi i obserwuję satysfakcjonujące postępy, dlatego pomyślałam, że może ktoś kto uczy się rysować może skorzystać z mojego skromnego doświadczenia. Albo może jesteście po prostu ciekawi, jak takie rysowanie wygląda? Jeżeli tak, to dajcie znać w komentarzu! Musiałabym jeszcze kupić jakiś statyw na telefon umożlwiający nagrywanie kartki w widoku z góry – co polecacie?


Niedzielna agawa i tequila. 

Do tej ilustracji akurat sfotografowałam lineart - jeżeli chcecie, to możecie sobie to zapisać i wydrukować jako kolorowankę. Jak Wam się podoba taki pomysł, jesteście zainteresowani? Jak chcecie to z chęcią przygotuję więcej takich konturów do pokolorowania :) [otwórz obrazek na nowej karcie żeby powiększyć] 


Zbiór moich przyborów do wyzwania - kredki, markery alkoholowe, automatyczne ołówki, cienkopisy i brushpeny, biały żelopis. No i kawa! Kawa jest ważna ;) 




Przez cały miesiąc będziemy wspólnie tworzyć ilustracje z roślinami, a w najbliższym tygodniu tematem przewodnim są polne kwiaty. Śledźcie na Instagramie nasz wspólny hashtag #zenjowewyzwanie oraz oczywiście zapraszam na moje konto @paulinaweiher – codziennie publikuję tam swoje rysunki. Zapraszam Was to udziału w wyzwaniu, choć na jeden tydzień albo nawet parę dni! Atmosfera jaką stworzyła Zenja jest fantastyczna, społeczność zenjowego wyzwania bardzo wspiera, motywuje i inspiruje! Każdy bez względu na poziom zaawansowania świetnie sobie radzi, a co tu dużo gadać – najlepszy sposób, żeby nauczyć się rysować to po prostu działać. Mnie to niesamowicie relaksuje, w chwilach największego stresu po prostu biorę szkicownik, włączam sobie film lub audiobook i odpływam. Uwielbiam to i codziennie nie mogę się doczekać wieczoru, żeby usiąść do rysowania. Może też spróbujecie? :) 

Tołpa hydrativ – przegląd kosmetyków z serii

Tołpa hydrativ – przegląd kosmetyków z serii




Rok 2017 upłynął mi na testowaniu kosmetyków marki Tołpa. Ba, myślę, że w 2018 będzie podobnie, bo po różnych konferencjach i spotkaniach mam spore zapasy do wypróbowania. I co najważniejsze – niektóre z tych kosmetyków stały się moimi hitami i będę je chwalić i kupować i polecać!
W tym wpisie przedstawię Wam kosmetyki Tołpa dermo face z serii „hydrativ”. Łączy je łagodność, delikatność i intensywne działanie nawadniające i nawilżające. Są idealne dla cery tłustej, odwodnionej – poprzez przywrócenie odpowiedniego nawilżenia i nawodnienia skóry wspomagają ograniczenie przetłuszczania się cery. Są przy tym bardzo lekkie, szybko się wchłaniają i nie obciążają skóry nadmiarem olejków. Warto im się zainteresować, dlatego przygotowałam dla Was zestawienie krótkich recenzji poszczególnych kosmetyków z serii.





TOŁPA HYDRATIV nawilżający krem-żel odprężający 

Ten kosmetyk rzeczywiście bardziej przypomina żel niż krem – ma bardzo lekką konsystencję i daje intensywne uczucie nawilżenia. Łatwo się rozprowadza, szybciutko wchłania i w razie podrażnienia cery lub przesuszenia przynosi ukojenie i ulgę. Plus za higieniczną metalową tubkę, która pozwala sprawnie wycisnąć żel do ostatniej kropli.
Do pełnego nawilżenia potrzeba dwóch komponentów: (1) nawodnienia, substancji przyciągających i zatrzymujących wodę oraz (2) okluzji, hydrofobowej bariery zabezpieczającej przed uciekaniem, odparowaniem wody. W przypadku cery tłustej warto skupić się na nawodnieniu, ponieważ produkowane przez ten typ skóry sebum zazwyczaj zapewnia wystarczającą ochronę przed wysychaniem. W takim kontekście żel Tołpa hybrativ jest bardzo fajny dla przetłuszczającej się cery, ponieważ daje intensywne nawodnienie bez nadmiaru niepotrzebnych w tym wypadku substancji natłuszczających. U mnie jednak sprawdza się średnio – moja skóra przetłuszcza się tylko lekko. A przy niedomiarze olejków lub łoju takie żele mogą zadziałać wręcz wysuszająco i tak właśnie zadziało się u mnie po jakimś czasie. Ponieważ jednak na początku krem zrobił na mnie pozytywne wrażenie swoim nawilżającym i kojącym działaniem postanowiłam dać mu szansę i nakładać razem z serum olejowym (Resibo). I to był strzał w dziesiątkę, ponieważ te dwa produkty zmieszane razem skutkują piękną, odżywioną i promienną cerą następnego dnia.
Jeżeli szukacie lekkiego kremu do stosowania razem z olejami – ten żel będzie dla Was idealny. Sprawdzi się też do stosowania warstwowo pod podkład na bazie oleju lub pod tłustszy krem. A w wypadku intensywnie przetłuszczającej się cery może dać radę nawet stosowany solo. Lubiłam go też zaraz po maseczkach glinkowych z peelingiem – zapobiegał przesuszeniom i łagodził podrażnienia.


Tołpa hydrativ - nawilżający żel-krem odprężający - plus za praktyczne, higieniczne opakowanie z aluminiowej tubki. 

Tołpa hydrativ - nawilżający żel-krem odprężający, skład INCI (aby powiększyć otwórz obrazek na nowej karcie). 
 


TOŁPA HYDRATIV nawilżająca płynna esencja pod krem.

Określenie „esencja” kojarzy mi się z azjatyckimi kosmetykami o konsystencji wody, z dodatkami różnych ekstraktów. Produkt Tołpa też jest rzadki i lekki, ale bardziej przypomina rozcieńczony krem niż samą wodę. Esencja hydrativ jest delikatna, szybko się wchłania i daje mocne uczucie nawilżenia. Sprawdzi się nakładana pod cięższy podkład w płynie na dzień albo wieczorem pod tłustszy, treściwy krem pielęgnacyjny. Generalnie, jeśli chodzi o właściwości, to mogę o tym kosmetyku powiedzieć to samo, co o opisywanym wyżej żelu – różnią się przede wszystkim konsystencją, działanie mają podobne.
Ogólnie to dobry kosmetyk, choć trudno mi znaleźć dla niego miejsce w moim planie pielęgnacji – rolę jego odpowiednika gra u mnie moje ulubione serum Antiox z Biochemii Urody i esencja Tołpy raczej go nie zastąpi.


TOŁPA HYDRATIV nawilżająca płynna esencja pod krem - bardzo podoba mi się wygodne opakowanie z pompką ♥ 

TOŁPA HYDRATIV nawilżająca płynna esencja pod krem - "obietnice producenta" 

TOŁPA HYDRATIV nawilżająca płynna esencja pod krem, skład INCI (aby powiększyć otwórz obrazek na nowej karcie). 
 


TOŁPA HYDRATIV NAWILŻAJĄCY KREM DO MYCIA TWARZY I OCZU 

To mój hit! Fantastyczny kosmetyk, jakiego jeszcze nie widziałam!
Krem do mycia twarzy – tak, krem! I to nie żadna wymyślna nazwa byle zwrócić uwagę konsumenta – ten kosmetyk ma rzeczywiście konsystencję kremu. Takiego przyjemnego, odżywczego i natłuszczającego. Myje twarz bardzo delikatnie, idealnie sprawdza się do codziennego oczyszczania skóry, szczególnie w wieczornym rytuale pielęgnacyjnym. Zmywa „brud dnia powszedniego” pozostawiając przy tym delikatną warstwę ochronną na twarzy. Takie łagodne oczyszczanie jest świetne dla tłustej cery – minimalizuje nadmierne przetłuszczanie się nadmiernie wysuszonej skóry, sprzyja utrzymaniu odpowiedniego nawilżenia. I to się czuje!
Co prawda z makijażem nie zawsze sobie radzi, ale jeżeli wspomogę go dodatkowym kosmetykiem do demakijażu to daje radę. Zresztą ze względu na swoją „tłustość” krem Tołpa doskonale sprawdzi się w dwuetapowym oczyszczaniu twarzy np. jako łatwa do spłukania część „olejowa”. Choć ja najbardziej polubiłam używanie tylko tego kremu w dni bez makijażu.
Krem do mycia twarzy Tołpa to coś naprawdę ciekawego i wartego wypróbowania. Jestem bardzo z tego kosmetyku zadowolona i na pewno kupię ponownie #ulubieniec ♥

Tołpa hydrativ nawilżający krem do mycia twarzy i oczu - mój hit! 

Tołpa hydrativ nawilżający krem do mycia twarzy i oczu - skład INCI (aby przeczytać otwórz obrazek na nowej karcie)




Maseczki do twarzy Tołpa hydrativ


TOŁPA HYDRATIV 2-etapowy zabieg oczyszczająco kojący

Podwójna saszetka z peelingiem i maseczką. Peeling jest zaskakująco intensywny. Lekko mnie podrażnił (skóra była miejscami lekko zaczerwieniona), ale ostatnio to typowa reakcja na takie produkty, więc nie traktuję tego jako jakiś minus. Zresztą maseczka szybko złagodziła wrażenie podrażnienia, a następnego dnia rano skóra prezentowała się świetnie. Wyraźnie gładsza, przyjemna w dotyku i nawilżona. A w ciągu dnia mniej się przetłuszczała, niż dzieje się to zazwyczaj. 5/5

TOŁPA HYDRATIV 2-etapowy zabieg oczyszczająco kojący - skład INCI i "obietnice producenta" (aby powiększyć otwórz obrazek na nowej karcie) 


TOŁPA HYDRATIV całonocna maska-odprężenie

Uwielbiam całonocne maski, bo jestem leniwa buła i nigdy nie chce mi się ich zmywać. A tak wystarczy rano przetrzeć twarz wacikiem. Ta jest jednak średnio przyjemna, bo cały czas strasznie się klei i lepi. Skóra następnego dnia wygląda ładnie, ale „zwarzył” mi się i wlazł brzydko w pory na nosie podkład mineralny (po raz pierwszy w życiu!), może ta maseczka niezbyt pasuje do tłustej skóry? Następnym razem nałożę ją tylko na 10-30 minut i zmyję, może będzie lepiej.

TOŁPA HYDRATIV całonocna maska-odprężenie - skład INCI i "obietnice producenta" (aby powiększyć otwórz obrazek na nowej karcie) 


Co mi przeszkadza w tych produktach Tołpa hydrativ? Na każdym PAO (przydatność od otwarcia) to zaledwie 3 miesiące. Dla mnie to o wiele za krótko, abym zdążyła zużyć te kosmetyki do końca! Zresztą produkty Tołpa są w świetnych opakowaniach, zabezpieczających przed powietrzem i bakteriami i nie wiem, dlaczego nie miały by wytrzymać dłużej. Tym bardziej, że nie są pozbawione konserwantów (np. phenoxyetanol w składzie). Po upływie trzech miesięcy do otwarcia sporo mi jeszcze zostawało, a ponieważ nie chciałam wyrzucać resztki, skoro wydawała się wciąż dobra, to przedłużałam korzystanie z kosmetyku. Wszystko było w porządku, zapach, konsystencja i działanie nie zmieniły się, a ja nie odczułam żadnych negatywnych efektów, ale mimo to nie lubię tak naciągać PAO i mam świadomość, że to ryzykowne i generalnie nie pochwalam takich praktyk. Trochę mnie to zniechęca, bo naprawdę wolno zużywam kosmetyki, a chciałabym cieszyć się nimi aż do końca. To jednak jedyny mankament jaki zauważam w kosmetykach z serii hydrativ.


Ten zestaw kosmetyków wygrałam w konkursie organizowanym przez Tołpa i Meet Beauty. Podoba mi się pomysł dołożenia do paczki naklejek na kosmetyki, na których możemy zapisać datę otwarcia opakowania i zaznaczyć do kiedy kosmetyk należy bezpiecznie zużyć. 


Który kosmetyk Tołpa hydrativ Was zainteresował? Może miałyście już okazję wypróbować coś z tej serii? :)

Maseczki do twarzy z glinką - Dermaglin i Rapan Beauty

Maseczki do twarzy z glinką - Dermaglin i Rapan Beauty




Maseczki do twarzy są ważne, uwielbiam je! W moim systemie pielęgnacji skóry dzielę maseczki na pięć kategorii: maseczki odżywcze z dodatkiem olejów, maseczki algowe, maseczki w płachcie, maseczki peel off oraz oczyszczające maseczki glinkowe. Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moimi doświadczeniami i wskazówkami na temat maseczek z ostatniej kategorii – glinkowych oraz błotnych. Dla mnie stanowią bardzo istotny filar w pielęgnacji skóry tłustej, używam ich regularnie i cenię je sobie ze względu na ich oczyszczające działanie. W tym wpisie pokrótce przedstawię też jakich glinkowych maseczek używałam w ciągu ostatniego roku i jak się u mnie sprawdziły.




JAK PRZYGOTOWUJĘ I NAKŁADAM MASECZKI Z GLINKĄ 

Kiedyś używałam głównie sproszkowanej glinki. To fajne rozwiązanie, bo czysta glinka jest tania i wystarcza na długo. Najpierw tradycyjnie rozrabiałam ją z wodą, potem zaczęłam kombinować z hydrolatami, wodą różaną i różnymi esencjami. Wypróbowałam też dodawanie do mieszanki olejku albo ulubionego kremu na noc – dzięki temu glinka nie wysychała tak szybko i miała jeszcze bardziej odżywcze działanie. Od niedawna jednak zamiast sproszkowanej glinki używam różnych gotowych maseczek. Są dużo wygodniejsze w użyciu, a różnego rodzaju dodatkowe składniki pozytywnie wpływają na moją skórę.

Jak używać maseczek z glinką – mój sposób: 
- Nakładam glinkę na 10-15 minut na oczyszczoną i stonizowaną skórę, czasem wcześniej robię peeling. Zdarza się, że nakładam glinkę tylko na przetłuszczającą się strefę T, a czasem na całą twarz, zależnie od potrzeb.
- NIE DOPUSZCZAM DO ZASCHNIĘCIA GLINKI! Trzeba na to bardzo uważać, ponieważ gdy glinka zasycha działa bardzo wysuszająco na skórę. Polecam spryskiwać maseczkę wodą, tonikiem lub esencją w sprayu.
- Glinkę zmywam przy pomocy rękawicy Glov. To bardzo, bardzo wygodny sposób, tylko teraz moja ściereczka jest zafarbowana na zielono od glinianego pyłu i nie mogę jej doczyścić xD
- Po zmyciu zawsze nakładam intensywnie nawilżający krem lub serum, ewentualnie kolejną, odżywczą maseczkę.
Przeczytaj też: Fantastyczna ściereczka Glov ♥ 

Wypróbuj tego – maseczki glinkowe można też nałożyć na „brudną” skórę! Tak wyczytałam kiedyś na jakimś zaufanym blogu, tylko niestety nie pamiętam gdzie. W każdym razie przy maseczkach glinkowych można pominąć etap mycia twarzy żelem, dzięki temu działanie wysuszające glinki jest mniejsze, a maseczka działa łagodniej – to dobry sposób dla cery skłonnej do podrażnień, nadmiernie wysuszonej. Oczywiście makijaż bezwzględnie trzeba wcześniej zmyć na przykład płynem micelarnym. Ale jeżeli chodzę cały dzień no make up, to czasem pozwalam sobie na nakładanie glinki na taką nieoczyszczoną skórę, tylko opłukaną wodą lub przetartą ściereczką. Znacie ten sposób?


Na See Bloggers 2017 można było zobaczyć, jak wygląda surowiec do wytwarzania maseczek Dermaglin - fajne!

MASECZKI Z ZIELONĄ GLINKĄ DERMAGLIN 

Maseczki Dermaglin znam od dawna – są niedrogie i można je kupić w każdym Rossmannie. Najbardziej lubię wersję do skóry głowy – to mój hit! Ale co jakiś czas kupuję też różne wersje maseczek do twarzy, także tą dla mężczyzn dla mojego Męża :)

Maseczka-peeling odświeżająca – glinka, ekstrakt z ogórka i olej jojoba. I wszystkie te składniki czuć, obserwuję też ich działanie. Po pierwsze ten magiczny termin „nowej generacji zmikronizowana glinka” to nie jest pusty slogan, bo glinka rzeczywiście ma postać bardzo przyjemnej w dotyku, dość gładkiej i jednorodnej pasty, drobinki wydają się mniejsze niż zazwyczaj w tego typu kosmetykach. Po rozsmarowaniu glinka pachnie lekko ogórkiem, bardzo przyjemnie. Nie zasycha za bardzo, choć i tak jak zawsze wspomagałam się sprayem. Nie działa też wysuszająco na skórę – to pewnie dzięki olejowi jojoba. Choć i tak na koniec nałożyłam na skórę intensywnie nawilżający preparat. Po całym zabiegu skóra jest naprawdę odświeżona, gładsza, nabiera blasku przy jednoczesnym zmniejszeniu przetłuszczenia strefy T.
Jeśli zaś chodzi o maseczkę „Kleopatra” to wstyd się przyznać, ale zapomniałam zanotować sobie jak się sprawdziła. Słaba ze mnie recenzentka, pamiętam jedynie, że maseczka była ogólnie dobra, jak zresztą wszystkie produkty Dermaglin.

Natomiast maseczkę Dermaglin do skóry głowy regularnie kupuję od bardzo dawna. Używam jej średnio co miesiąc lub dwa, gdy moje włosy zaczną się za bardzo przetłuszczać. Spłukuję głowę, nakładam maseczkę na skalp, wykonuję masaż, czekam około 15 minut, po czym wypłukuję glinkę i nakładam na skórę głowy żel aloesowy. Po takim zabiegu włosy zyskują większą objętość u nasady, są dłużej puszyste i świeże. Polecam bardzo mocno! Żałuję tylko, że ta maseczka jest dostępna wyłącznie w saszetkach, nie ma dużego opakowania, szkoda.


Ten ogórek na czole xD Ale stop heheszkom – ta glinka ma rewelacyjne działanie, polecam bardzo! 



Mój hit w pielęgnacji włosów - glinka do skóry głowy ♥ 

Dermaglin ma w swojej ofercie też mydło z dodatkiem glinki - mam zamiar je wypróbować. Będzie świetne na podróż, gdy bardzo trzeba ograniczyć objętość i wagę bagażu :)


MASECZKI RAPAN BEAUTY

Zestaw tych maseczek przekazała mi Niewyparzona Pudernica na konferencji See Bloggers. Jak widzicie zebranie się do napisania wpisu na blogu zajmuje mi wieki, ale testowanie i zużywanie kosmetyków idzie mi naprawdę bardzo wolno i dlatego potrzebowałam aż tyle czasu na ukończenie prac nad tym tekstem.

Wypróbowałam trzy rodzaje maseczek Rapan Beauty. Dwie z nich otrzymałam w postaci próbek w małych plastikowych słoiczkach. Porcje do testowania okazały się na tyle duże, że każda wystarczyła na dwa pełne użycia na całą twarz. Maseczki Power of Nature „INTENSIVE CARE do każdego rodzaju skóry” (różowe opakowanie, bogatszy skład, żółta i niebieska glinka) oraz „do skóry suchej i mieszanej” (niebieskie opakowanie, niebieska glinka) bardzo przypadły mi do gustu. Miały miłą konsystencję, nie zasychały za bardzo, a do tego dobrze oczyszczały skórę i pozostawiały ją gładszą i w dobrej kondycji. Polecam :)

Maseczka Rapan Beauty „Power of Nature do cery tłustej i mieszanej” miała nieco inną strukturę. Przy pierwszym dotknięciu pasta była gładka i miła w dotyku, ale po rozsmarowaniu okazywało się, że ma w sobie spore, peelingujące drobinki. Jako jedyna też lekko mnie szczypała po nałożeniu, ale po zakończeniu zabiegu skóra nie wyglądała na podrażnioną ani zaczerwienioną. Za to działanie oczyszczające, peelingujące i wygładzające tej maseczki jest naprawdę dobre. Jak dotąd to chyba moja ulubiona glinkowa maseczka do twarzy ze wszystkich, jakie miałam okazję wypróbować. Podoba mi się też praktyczne opakowanie z dodatkowym wieczkiem oraz naturalne, wartościowe składniki maseczki. Myślę, że kupię za jakiś czas następne opakowanie.



Maseczka Rapan Beauty - skład i "obietnice producenta". Żeby powiększyć zdjęcie otwórz je na nowej karcie :) 






Jaka jest Wasza ulubiona maseczka glinkowa? Co jeszcze powinnam wypróbować?