Szwecja - nowy cykl na blogu. 3 fakty na temat Södertälje

Szwecja - nowy cykl na blogu. 3 fakty na temat Södertälje

Najfajniejszy budynek McDonalna jaki widziałam ;)

Tym wpisem chciałabym zainaugurować nową, blogową serię postów o Szwecji. Odwiedziłam ten kraj już kilka razy i chciałabym się z Wami podzielić. Może zainspiruje to Was do zaplanowania wakacyjnego wyjazdu do Skandynawii? Wstępnie przygotowałam 15 krótkich artykułów na temat Szwecji, połączonych z vlogami. Będę je publikować na zmianę ze „zwykłymi” postami blogowymi o kosmetykach czy rysowaniu, dlatego każdy z Was ma szansę znaleźć tutaj coś ciekawego dla siebie.
Mam nadzieję, że moja szwedzka seria Wam się spodoba. Miłego czytania i oglądania!

Postanowiłam zacząć od przedstawienia Wam Södertälje, czyli miejscowości, w której spędziłam najwięcej czasu. To miasto położone na brzegach metropolii Sztokolmskiej, nad jeziorem Mälaren.


Przystań w Sodertalje

1. Nie taka mała mniejszość kulturowa

W Södertälje jest największa w Europie społeczność Asyryjczyków (Syrian), chrześcijańskich uchodźców z Iraku. Stanowią ok. 1/3 populacji miasta i mają nawet swój klub piłkarski. Ciekawie wyglądają miejsca, w których z jednej strony wydać klasyczne szwedzkie domy, a z drugiej takie w stylu śródziemnomorskim ;)




2. Fabryka ciężarówek

W Södertälje znajduje się główna siedziba Skanii, firmy znanej m. in. z produkcji ciężarówek. Może nie brzmi to zbyt interesująco, szczególnie jeżeli nie interesujecie się motoryzacją, ale fabryka Skanii naprawdę robi wrażenie, głównie ze względu na swoją wielkość. Tereny należące do tej firmy ciągną się kilometrami, można dobrych kilkanaście minut jechać samochodem wzdłuż jednej krawędzi płotu i cały czas podziwiać za oknem budynki należące do firmy. Sama część z biurowcami jest ogromna, a co dopiero część produkcyjna.

Plaża nad jeziorem Malaren, piękne lasy i urocze szwedzkie domy
  
3. Przepiękna okolica

Södertälje to fantastyczne miejsce do zamieszkania. Kolejką pendeltåg można szybko i wygodnie dojechać do centrum Sztokholmu, a jednocześnie żyć w pięknej okolicy. Södertälje położone jest nad malowniczym jeziorem Mälaren. To trzecie pod względem wielkości jezioro w Szwecji, jest naprawdę rozległe! Łączy się z morzem Bałtyckim m. in. poprzez kanał oraz śluzę w Södertälje i stanowi główny szlak główny szlak handlowy prowadzący przez Sztokholm na Bałtyk.


W części Ragnshildborg miasta znajduje się stadnina koni, wyciąg narciarski oraz strzeżona plaża. W pobliżu jest też rezerwat przyrody – szwedzkie lasy są przepiękne! Tuż nad jeziorem są też schowane ruiny budynku obronnego strzegącego wodnego szlaku handlowego. Nie są może zbyt imponujące w porównaniu do polskich zamków, ale samo miejsce wygląda bardzo romantycznie. 

Ruiny zamku nad jeziorem

Mam nadzieję, że wpis Wam się podobał. Na pewno jednak kolejne posty w moim szwedzkim cyklu będą ciekawsze – przygotowałam materiały na temat Sztokholmu oraz interesujących muzeów w tym mieście, szwedzkiego jedzenia, historycznego muzeum na temat wikingów w Uppsali oraz kilka vlogów z romantycznych zakątków Szwecji. O czym chcielibyście przeczytać najpierw? :) 




PS. Na moim lakierowym blogu cienistość.pl jest już wpis ze szwedzkimi inspiracjami w zdobieniu paznokci - zapraszam serdecznie [klik] :) 

10 zdjęć z Gdańska na zakończenie zimy

10 zdjęć z Gdańska na zakończenie zimy

Zdecydowanie wolę taki widok z okna, niż tą szaroburość po roztopach. 

Zupełnie nie rozumiem tych zachwytów i radości, że stopniał śnieg. Ja wiem, wszyscy czekają na wiosnę i lato, nie inaczej jest ze mną. Ale rany, mamy dopiero połowę lutego, sensowna wiosna to dopiero za dwa miesiące. Teraz mamy dwie opcje – śnieg i mróz albo bure błoto i lodowaty deszcz. Jak wobec takiej alternatywy można narzekać na śnieg?? Może to egoistyczne z mojej strony, bo śnieg to utrudnienia, ale mimo wszystko bardzo się cieszę z mroźnej zimy i białych zasp. I smuteczek, że teraz niby wiosnę czuć w powietrzu, ale tak naprawdę to nie wiosna, tylko pochmurne, ubłocone i zimne przedwiośnie. Na pocieszenie polecam oglądanie zdjęć z zimowych spacerów. 


W ogóle w Gdańsku przy ulicy Abrahama jest meczet i kościół katolicki, w odległości niecałych 300 m od siebie. Do tego kościoła chodzę w niedziele na msze, a meczet ładnie wygląda na zdjęciach. 

Szadź! Szkoda tylko, że ręce mi marzły i drżały, przez co ostrość na macro strasznie uciekała. 

Zimą akademiki takie ładne!
 
Takie tam jeziorko w Gdańsku, kilka minut jazdy pociągiem od centrum. A jak ładnie! 

Okolice jeziorka powyżej (Gdańsk Jasień). Szadź taka piękna!

Kocham Trójmiasto za bliskość lasu!

Bułka też się cieszy z zimy i próbuje złapać śnieżynki za oknem

Dziesiąte zdjęcie z mojego archiwum, bo mi zabrakło do ładnej liczby :P Ale ul. Mariacka w Gdańsku zawsze taka urocza. Szkoda tylko, że te parę lat temu robiłam zdjęcia w czerni i bieli, meh. 

Nikt mi kurcze nie wmówi, że błotne roztopy są fajniejsze niż mróz i śnieg. 


Lubicie śnieżną zimę? :)
Bakterie, kotki i czuły barbarzyńca - ulubieńcy stycznia 2017

Bakterie, kotki i czuły barbarzyńca - ulubieńcy stycznia 2017


Styczeń mi upłynął na pracy, malowaniu paznokci i czytaniu książek. Zimowa pogoda piękna, często łaziłam po śniegu, ale po każdym spacerze dobrze jest się wygrzać pod kocykiem z miłą lekturą. Najpiękniejszy spacer to ten po cudownie oświetlonym Parku Oliwskim, ale jestem gapa i nie wzięłam wtedy ze sobą aparatu, więc fotek nie ma. Wstyd ja.  
   
Jeśli chodzi o pracę, to w praktyce robię w kółko to samo, ale miłym urozmaiceniem były wykłady na temat „Hologenomu”. Symbolizuje to uśmiechnięta bakteria na rysunku ;) Temat, przynajmniej dla mnie, super fascynujący i jeżeli znajdę czas, to chętnie też coś tutaj o tym napiszę. Hologenom to w dużym skrócie holistyczne spojrzenie na społeczności bakterii, np. te w naszym przewodzie pokarmowym. Zrozumienie komunikacji między bakteriami i zależności na drodze ludzie-bakterie na pewno pomoże skuteczniej dbać o zdrowie i walczyć z chorobami. Na razie naukowcy dopiero zaczynają analizować takie zbiorowości mikroorganizmów, ale temat ten zapowiada się bardzo interesująco.

Moja ulubiona sukienka tej zimy! Ciepła, wygodna i świetnie wygląda

  
Kupiłam sobie nową kieckę – to bawełniana sukienka w kotki ze sklepu internetowego Vubu. Jest taka super! Uszyta z miłego i ciepłego materiału, super wygodna, a wzór w kotki jest przeuroczy. I krój, w którym się super czuję. Nawet mojemu Mężowi się bardzo podoba! Powinnam sobie jakieś zdjęcie w tej sukience zrobić następnym razem, ale to może jak będzie cieplej i dam radę zdjąć kurtkę w plenerze ;)

"Rose" to jeden z sześciu cudnych lakierów z serii "Polish Folk". Naprawdę po wyschnięciu pachnie różami! 


Jak już tak sobie rozmawiamy o ładnym wyglądaniu, to styczniowymi hitami są:
- pachnące, kwiatowe lakiery Sense&Body „Polish Flowers” [więcej na moim lakierowym blogu cienistość.pl]
- paleta cieni Rimmel Magnif’eyes – dobra do lekkiego, eleganckiego makijażu w kolorach nude i jako cienie pomocnicze co rozcierania, już o niej pisałam [klik]
- płytka do stempli Curali 013 – zrobiłam z nią cudne zdobienia paznokci! W liski też, ale to pokażę dopiero za jakiś czas, jeszcze musze zmontować videotutorial
- pyłek multichrome Indigo „Butterfly” w cudnym, turkusowym kolorze. Mieni się przepięknie!

Stemplowanie z płytką Curali 013
  

Ważnym wydarzeniem dla mnie jest wyzwanie „paznokciowe” #creativenailparty, które organizuję. To naprawdę super doświadczenie i fantastyczna zabawa! Sporo się napracowałam przy ogarnięciu tego wszystkiego, ale wysiłek się opłacił, bo miałam z tego mnóstwo radości. Do teraz mi się miło robi i uśmiecham się na myśl o tym wyzwaniu, na pewno niedługo będzie kolejne! Baner do tego wyzwania (ptaszek i zimowe gałązki) narysowałam na komputerze przy pomocy tabletu i jestem z niego dumna, bo pokazuje niezły postęp jeśli chodzi o moje umiejętności „digital painitng”.

Pyłek multichrome Indigo "Butterfly" - pięknie opalizuje! 

Tej zimy miałam fioła na punkcie niebieskiego koloru z dodatkiem czerwieni. Realizowałam te kolorystyczne upodobania w zdobieniach, przemodelowałam swoją zimową paletę lakierową i z radością malowałam paznokcie na niebiesko.

 Zauroczyła mnie paleta cieni Too Faced „Sweet Peach” i mam teraz małą obsesję na punkcie brzoskwinek i brzoskwiniowo-łososiowego koloru. Niestety paleta jest cholernie droga, ale zachorowałam na jej punkcie i cierpliwie odkładam hajs na zakupy. Żadnego lakieru do paznokci nie kupiłam przez ostatni miesiąc, taka jestem dzielna! A w międzyczasie kombinuję z brzoskwioniowym kolorem w inny sposób, nawet sobie brzoskwinki pomalowałam na paznokciach jakiś czas temu ;)

"Czasem czuły, czasem barbarzyńca" - najlepsza książka, jaką czytałam w tym roku! 
  

W styczniu przeczytałam mnóstwo książek (będzie zbiorczy post za jakiś czas), ale moim zdaniem na najwięcej uwagi zasługuje „Czasem czuły, czasem barbarzyńca”. Na pewno napiszę pełną recenzję wkrótce! A teraz tylko napiszę, że to fajna, super mądra i przydatna książka o współczesnych mężczyznach. Powinni ją przeczytać wszyscy faceci! Ale kobiety też, aby lepiej rozumieć swoich partnerów czy mężczyzn w rodzinie i nie popełnić nieświadomych błędów przy wychowywaniu synów. Jacek Masłowski mądrze pisze.
Co prawda do idealnego równouprawnienia jeszcze daleko, ale dla mnie współczesny feminizm to nie odwracanie ról, ale dążenie do tego, żeby zarówno kobiety jak i mężczyźni mieli równe prawa, mimo oczywistych różnic. O kobietach rozmawia się od dawna (i bardzo dobrze! I cały czas trzeba rozmawiać!), ale chciałabym także aby częściej były poruszane sprawy i problemy mężczyzn. Takie dyskusje i przemyślenia prowadzone w mądry sposób to korzyść także dla nas, kobiet.  


Zima w tym roku dużo lepsza niż poprzednie, na reszcie pojawiły się sensowne ilości śniegu. Ja też tęsknie za latem, ale wolę miły, jasny śnieg niż trzy miesiące szaroburego błota i deszczu o temperaturze 2 st.C. Dlatego śnieg i mróz to ulubieńcy stycznia!


Jak Wam minęła zima? :) 
Książka "Opowieści ze świata Wiedźmina" - ostrzeżenie

Książka "Opowieści ze świata Wiedźmina" - ostrzeżenie

  

Niedawno przeczytałam książkę „Opowieści ze świata Wiedźmina”. Chcę Was przed nią przestrzec.


„Opowieści ze świata Wiedźmina” to zbiór opowiadań autorstwa rosyjskich i ukraińskich pisarzy, nawiązujących do świata Geralta z Rivii. Według mnie to brzmi bardzo interesująco, skusiła mnie wizja powrotu do świata Wiedźmina w formie profesjonalnie napisanych fanfic’ów. A poza tym szaleję za Geraltem, więc nie mogłabym sobie odmówić przeczytania takich opowiadań.

Niektóre sposoby poprowadzenia fabuły i koncepcje świata przedstawionego były naprawdę pomysłowe. Podobają mi się takie luźne interpretacje tematu i daleko idące inspiracje, ponieważ dzięki takiemu podejściu ma szansę powstać coś naprawdę oryginalnego. Wiedźmin w świecie postapo, dokończenie historii epizodycznych postaci z sagi Sapkowskiego, alternatywne przygody Jaskra, to wszystko brzmi interesująco. Szkoda, że tylko w teorii.

Fanfik z Wiedźmina pisany przez profesjonalistów. Kurczę, jak to się w sumie mogło nie udać?!

O rany, męczyłam tę książkę ponad rok. Męczyłam, bo pomysły fajne, ale tylko niektóre, a realizacja mizerna, żeby nie powiedzieć tragiczna. To może być częściowo wina tłumaczenia, ale nawet to nie usprawiedliwia dziur w fabule, oklepanych rozwiązań i niedopracowanego charakteru postaci. Czasem trudno było nadążyć za akcją i zrozumieć dialogi, zadania do rozwiązania przez bohaterów są zgrane i sztampowe (oraz niemiłosierne nudne), poruszane problemy są płytkie i jednowymiarowe, a nieliczne interesujące pomysły giną w morzu miałkiej beznadziei i błędów. Nie sprawdzałam jakiej klasy pisarze zostali zaproszeni do przygotowania tego zbioru, ale poziom opowiadań nie świadczy o nich najlepiej, smuteczek.

Świętuję to, że (wreszcie) przeczytałam wszystkie „Opowieści ze świata Wiedźmina”. Obwiniam tę ksiązkę o zniechęcenie mnie do jakiejkolwiek lektury w 2016 roku i tragiczne zaniżenie moich statystyk czytelniczych. Odkąd te koszmarne opowiadania mam za sobą i mogę zabrać się za inne książki, udało mi się w mniej niż dwa miesiące pochłonąć prawie 10 pozycji. Dzielnie (a może bez sensu?) uparłam się, że jak już zaczęłam czytać ten zbiór opowiadań, to skończę, ale zanim dobrnęłam do końca minął ponad rok. Mój Mąż nie dotrwał nawet do połowy. Ale zmarnowany czas. 

  
Przynajmniej książka spoko wygląda na mojej wiedźminowej półce.

 Oczekiwałam czegoś pomysłowego, świeżego, wciągającego, ale ten zbiór opowiadań nawet się nie nadaje do bezmózgiego czytania przed snem po męczącym dniu. Książka nie spełnia żadnych moich wymagań względem lektury i cicho chlipię z tego powodu. Nie ratuje jej nawet nostalgia jaką czuję względem wiedźmina. Nie powtarzajcie mojego błędu, bo kupienie tej książki grozi noszeniem „karnej tiary za przepierdalanie pieniędzy na głupoty”. Ja w pełni zasługuję na karę. Choć irytacja względem poziomu opowiadań i zmarnowanego czasu powinna wystarczyć.


Pomysł na prezent na Walentynki - herbata z miłosnymi etykietkami

Pomysł na prezent na Walentynki - herbata z miłosnymi etykietkami



Pomysł na prezent walentynkowy – szybko, niedrogo, kreatywnie. I własnoręcznie wykonane :)
Walentynkowa herbata z miłością oraz romantycznymi karteczkami z komplementami i słodkimi słówkami
  
Mam nadzieję, że mój Mąż nie zajrzy tutaj przed Walentynkami ;) Choć i tak powinien spodziewać się tego prezentu, bo już nie raz taki dostał, a poza tym prosiłam go, żeby przyniósł mi zszywacz z pracy :P




Co potrzeba?
- herbatę – jeśli sypana, to też jednorazowe filterki i bawełniany sznurek;
- papier na etykietki, najlepiej ozdobny
- nożyczki
- zszywki lub igła z nitką
- ładne opakowanie, najlepiej puszka na herbatę

Wersja super niskobutżetowa za 5 złotych:
słoik, hebrata ekspresowa i najzwyklejsze kartki na etykietki, zszywki. No może jeszcze wstążeczka.
Taką wersję tego prezentu przygotowałam kilka lat temu i mój Mąż (wtedy jeszcze nawet nie Narzeczony;)) bardzo się ucieszył :)
Ale dzisiaj będzie na bogato, a co!


 

Wybrałam herbatę liściastą. Czarną, bo taką lubi pić mój Mąż, o przyjemnym, zimowym smaku i aromacie.


 


Do herbaty sypanej potrzebne są jednorazowe filtry-zaparzacze. 100 sztuk w małym rozmiarze (na kubek/filiżankę) kupiłam w sklepie „Czas na herbatę” za kilkanaście złotych. Sypię do środka ok. 1,5 łyżeczki herbaty.




Sznureczek (u mnie to bawełniana włóczka) można wszyć igłą i nitką, ale ja jestem leniwa i zdecydowałam się na zszywki.




Kluczowym elementem są etykietki na herbatę z romantycznymi hasłami. Słowa „miłego dnia” sprawdzą się dla każdego, ale reszty już nie będę pokazywać i zostawię je tylko dla Ukochanego. Liczę, że sami dobrze wiecie, co napisać ;)
Karteczki mogą być malutkie, jak od popularnych ekspresówek. Jednak postanowiłam poeksperymentować i zrobiłam większe, które potem złożyłam. Będzie niespodzianka :)

 

Karteczki można przyszyć lub umocować zszywką. Ja zdecydowałam się tym razem na słodką taśmę „washi” z kotkami.

 Herbatę najlepiej zapakować w ozdobną puszkę, aby liście nie traciły aromatu. Kupiłam fajne opakowanie w Pepco, ale nie mam niestety zdjęcia, bo Mąż zabrał już puszkę do pracy przy okazji poprzedniej edycji „herbaty z miłością”.




Jak Wam się podoba taki pomysł? Szykujecie coś specjalnego dla bliskiej osoby?
Miłych walentynek! <3


Czy bullet journal może być brzydki? Co to jest BuJo i jak to ogarnąć?

Czy bullet journal może być brzydki? Co to jest BuJo i jak to ogarnąć?

  

Jak zacząć bullet journal? Co to jest bujo?
Chciałabym założyć bullet journal, ale nie umiem rysować…?
Czy trzeba mieć zeszyt w kropki?
Gdzie kupić drogi Lechtturm, ewentualnie modny Memobook?
Jakie obowiązkowo założyć listy i kolekcje?
Zrobiłam literówkę w moim bujo, co teraz?!
Ile powinno się mieć washi tape, kredek, pisaków i naklejek?
Jaki polecacie system future log, habit trackerów?

 


WYJAŚNIJMY SOBIE, CO TO JEST BULLET JOURNAL

Tak naprawdę to przede wszystkim ja samej sobie wyjaśniam i porządkuję własną wiedzę ;)

Czy jest tu w ogóle ktoś, kto nie słyszał o „bullet journal”? To super modne teraz, wszyscy kojarzą o co chodzi, przynajmniej w teorii. Ale w praktyce bywa różnie, dlatego pozwolę sobie wyjaśnić.

Bullet journal (w skrócie BuJo) to system planowania, prowadzenia kalendarza i dziennika dzień po dniu. Ta metoda zakłada prostotę, funkcjonalność, elastyczność i przede wszystkim dopasowanie do aktualnych potrzeb i upodobań użytkownika. BuJo wymyślił i opisał po raz pierwszy Ryder Carroll.

Nie będę się głupio wymądrzać co do szczegółów, bo się nie znam. Mój niby-bujo to raczej notatnik, który ma trochę wspólnego z oryginalnym systemem, ale nigdy się tym jakoś specjalnie nie interesowałam, bo odpowiada mi to co mam.

Nie wiesz jak zacząć? Na początek zajrzyj na stronę twórcy systemu bullet journal i poczytaj sobie co i jak, wszystko jest tam pięknie wyjaśnione: [klik]

I to właściwie wszystko. Do prowadzenia bullet journal wystarczy tylko zeszyt i coś do pisania.
Co to oznacza?
Nie, nie musisz mieć zeszytu w kropki. Może być taki najzwyklejszy.
Tak, możesz skreślać, robić literówki, bazgrać i się mylić. To normalne.
Spoko, jak nie chcesz, albo się przejmujesz, że nie umiesz, to nie musisz rysować.
A jaka jest najważniejsza zasada? Rób jak chcesz i co chcesz i jak Ci najlepiej pasuje :) 


 


PRZEROST FORMY NAD TREŚCIĄ?

A co z tymi wszystkimi pięknymi, ozdabianymi zeszytami na Instagramie czy Pintereście? Moim zdaniem to jest coś więcej niż bullet journal. To hobby, art journal, notes, pamiętnik, złote myśli, co kto lubi. Można się zastanawiać, czy to zasadne nazywać takie dzieła bullet journalem, skoro wykraczają swoją kreatywnością i planem daleko poza oryginalną koncepcję. Ale jestem za tym, żeby wciąż używać do odniesieniu do nich właśnie określenia bullet journalem. Moim zdaniem ta idea ewoluuje, teraz to dużo szersze pojęcie i może przybrać mnóstwo różnych form.
Bez względu jak wygląda ten zeszyt, korzystamy z określenia „bullet journal” i mi się to podoba. Tym hasłem i hashtagiem wszyscy łączą się w społeczność fanów bujo, wymieniają ideami, pomysłami i umiejętnościami. Przy okazji – polska grupa na FB na ten temat jest naprawdęfantastyczna i bardzo miło mi tam co jakiś czas zaglądać, polecam :)

Cała idea bullet journal jest strasznie fajna i pozytywna, ale smutne jest, że niektóre osoby czują się przymuszone do rysowania, wymyślnego ozdabiania i dbania przede wszystkim o aspekt wizualny. Zdjęcia zwykłych, pokreślonych i pobazgranych zeszytów nie klikają się tak dobrze, za to po Internecie błyskawicznie roznoszą się te artystyczne, super dopracowane strony z rysunkami, ozdobnymi taśmami i kaligrafią. W rezultacie osoby nowe wobec tej idei odnoszą wrażenie, że bujo to przede wszystkim ładny zeszyt i narasta w nich wewnętrzna presja, żeby skupić się na ozdabianiu. A bullet journal przestaje być narzędziem, a zaczyna być celem samym w sobie, przygotowywanym na pokaz. W ogóle tak sobie teraz pomyślałam, że presja pięknego i perfekcyjnego BuJo trochę działa jak presja pitnerestowego makijażu i instagramowej figury. To fajnie jest super wyglądać (i mieć super planer), ale nie każdy musi i miejmy świadomość, że takie nieuporządkowane i niedoskonałe też jest ekstra.

Przeczytaj też: "Mój Art Journal, w którym ładnie rysuję ulubieńców miesiąca

Jeżeli lubisz takie śliczne, ozdobione i dopracowane bujo to super, go for it! Sama uwielbiam, uwielbiam rysować (choć mam do tego osobny zeszyt), uwielbiam materiały papiernicze, kolorowe taśmy i naklejki. Chcę jedynie pokazać, że taka forma nie jest obowiązkowa. Wszędzie widzimy zdjęcia zachwycających i dopracowanych stron, dlatego chciałabym dla odmiany pokazać coś zupełnie innego. Mój zeszyt jest pobazgrany, nie utrzymuje ładnego stylu, napisy czasem przebijają na drugą stronę, pełno jest skreśleń, często piszę zupełnie losowym długopisem. Do tego część kalendarza i codziennego planera mam zminimalizowaną. Tzw. daily log i weekly spread czy jak to tam się nazywa robię na kartkach w notesie, które potem wyrywam i wyrzucam. I to wszystko mimo iż jestem osobą kreatywną, uwielbiam rysować i ozdabiać, a moja wieloletnia kolekcja przyborów papierniczych robi wrażenie.

Taśmy washi tape też mam :D 
  

MÓJ BRZYDKI NIBY-BULLET JOURNAL

To jak wygląda mój bullet journal?

Korzystam ze zwykłego kołonotatnika w szarą kratkę, rozmiaru B5. Wygląd okładki jest dla mnie dosyć ważny, dlatego wybrałam sobie taką, jaka mi się miło kojarzy. Dla większości te ciapki kamuflażu pewnie są brzydkie, ale ja je bardzo lubię.
W ogóle niedawno zaczęły mi się kończyć strony, a smutno mi było się rozstawać z tą okładką, dlatego kupiłam drugi kołonotanik w identycznym rozmiarze, rozgięłam obie spirale i przełożyłam kartki :D

Dzienny plan (daily log czy tam daily spread, to do list) piszę na kartkach z notesu, które potem wywalam ;) 

Codzienne i tygodniowe plany i listy „to do” robię na wyrywanych kartkach z notesu. Podobnie jak tygodniowy jadłospis, plan gotowania i listę zakupów. Później te kartki po prostu wyrzucam. Korzystam z takich zwykłych, „firmowych” notesów, ale już sobie zamówiłam w sklepie Frannys Coffe-Paper ładny notes z kaktusami, bo już mam dość tych brzydkich, reklamowych stron.

W zeszycie są tylko ogólne plany na dłuższy okres. Mam tam kalendarz na cały miesiąc z zaplanowanymi publikacjami posta, wyzwaniami „nail art” i miejscem do notowania ulubieńców. A oprócz tego różnego rodzaju listy.

 

 

O pięknych lakierach Sense&Body przeczytasz na moim paznokciowym blogu cienistość.pl :) 


MOJE LISTY I KOLEKCJE W BULLET JOURNAL

-      wishlista – plan zakupowy na najbliższe kilka miesięcy
-      lista seriali, które śledzę
-      listy pomysłów na obiad wg pór roku, do szybkiego układania jadłospisu
-      notatki ze swatchowania lakierów Sene&Body
-      pomysły na blogowe wpisy (na kilkanaście stron! wtf)
-      listę zdjęć do zrobienia – głównie flatlay na bloga
-      listę książek, które przeczytałam (choć raczej skupiam się na pilnowaniu moich półek na lubimyczytać.pl - zapraszam na mój profil)
-      notatki organizacyjne do mojego wyzwania paznokciowego #creativenailparty
-      plan pielęgnacji twarzy, włosów i ciała
-      akcesoria do zdjęć
-      Aliexpress – na co czekam i co być może kupię kiedyś
-      lista moich projektów (np. nauka blogowania, porządki w zakładkach, sprzedaż książek, webinary, podcasty itp.; głównie porządkowanie i nauka, samorozwój)
-      plan nauki hiszpańsakiego
-      pomysły na rysunki, plan nauki rysowania
-      plan powtórek angielskiego
-      rzeczy do doktoratu i laboratorium, ale skrótowo, bo do tego mam osobny zeszyt.
  




Jestem ciekawa, kto z Was prowadzi bullet journal i jak wyglądają Wasze zeszyty? Jest uporządkowanie i instagramowo, czy chaotycznie i pstrokato? :)




Kosmiczna paleta cieni BH Cosmetics "Galaxy chic" - swatche

Kosmiczna paleta cieni BH Cosmetics "Galaxy chic" - swatche


Wreszcie ją mam! Wpisałam ją na wishlistę dobre kilka lat temu i nareszcie zebrałam się, żeby ją kupić. Oto kolorowa paleta wypiekanych cieni BH Cosmetics „Galaxy chic”!


Tak długo się zebrałam, żeby ją kupić aż zniknęła ze wszystkich polskich sklepów internetowych. Przez parę lat oglądałam jej zdjęcia, wrzucałam do wirtualnego koszyka, po czym zamykałam stronę, bo trochę żałowałam tych 100 zł za kolejną paletę cieni. Ale jaki był dramat, gdy odkryłam, że nigdzie jej nie ma! Jak żałowałam, że nie zebrałam się wcześniej za zakupy! W przypływie impulsu zajrzałam na amerykańską stronę BH Cosmetics. I nie dość, że paleta cieni była tam dostępna, to jeszcze akurat trwały różne świąteczne promocje i zapłaciłam ok. 60 złotych, wliczając już w tej kwocie przesyłkę ze Stanów. Wyszło mi sporo taniej, niż w polskim sklepie, więc cieszę się, że tak fajnie mi się udało. Co prawda na paczkę czekałam ponad miesiąc, ale cierpliwość się opłaciła, bo ta paleta jest cudna, cudna, a ja nie musiałam założyć „karnej tiary za przepierdalanie pieniędzy na głupoty” :D



Paleta jest dużo większa niż się spodziewałam. Dla porównania macie standardową paletę Sleek i-Divine.
  

Z tego co widzę, to mam jakąś nowszą, odświeżoną wersję. Design opakowania bardziej mi się podoba w sumie, zmiana na plus. Szkoda tylko, że na zdjęciach swatchy u innych „Saturn” i „Sun” są jaśniejsze i bardziej złote, a u mnie takie raczej beżowe, mniej w moim guście.


 


O klasykę i elegancję tu ciężko, ale jest uroczo, wesoło, pozytywnie i kreatywnie. Kosmiczne inspiracje, wygląd cieni i opakowania szalenie mi się podobają. No bo kurczę, okrągłe i wypukłe cienie niczym planety, do tego z klimatycznymi nazwami, toż to fantastyczne!
   
To paleta zdecydowanie dla osób, które lubię zwracać uwagę makijażem oka i używają intensywnych kolorów. Owszem, w zestawie są śliczne brązy oraz złoto-brzoskwiniowe beże, ale najbardziej szałowe są niebieskości, fiolety oraz pomarańcz i koral. Ja tam lubię takie rzeczy, także na co dzień!
  
„Galaxy chic” jest wyjątkowa, pozytywna i zakręcona. Kolory są bardzo intensywne i zdecydowane, do tego przepięknie połyskują! Cienie nie są do końca metaliczne, raczej brokatowe, ale w taki śliczny sposób, bo błyszczące drobinki są bardzo drobne. Marmurkowa powierzchnia cieni dodaje kolorom wielowymiarowości, ale także te gładkie i jednolite są wyjątkowe i mają w sobie to coś. Całość wygląda uroczo i zachwycająco!

 Cienie są wypiekane, ale mimo to nawet nakładane na sucho zachwycają pigmentacją! Gdy mazałam palcem po mojej super suchej skórze ręki kolory wyszły fajnie, choć bez szału. Ale nakładane na nawilżoną skórę (no dobra, przetartą płynem micelarnym;)) lub bezpośrednio na powiece na bazę, korektor lub jasny, bazowy cień (także taki sypki i mineralny) cienie dają czadu! Kolor jest mocny, zdecydowany, wyraźny i obłędnie opalizuje.

 

Sun - w sumie taki tam beżowy. Smuteczek, bo liczyłam na złoto.
Saturn - śliczny rose gold, z lekko brzoskwiniowymi tonami. Taki w sumie dość uniwersalny i bezpieczny kolor. Śliczniutki.
Venus - super intensywna pomarańcza z efektem wow. Wow! Dla mnie hit!
Jupiter - koralowy czerwony, bardzo interesujący i moim zdaniem wyjątkowy odcień. I ten połysk, trochę jakby malonowy! Piękny! Szkoda, że mój aparat nie jest w stanie tego złapać.


 

Prometheus i Aphrodite to takie ciepłe malinowe burgundy (rany, ja to wymiatam jeśli chodzi o opisywanie kolorów). Wydaje mi się, że zdjęcie nie do końca oddało ich odcień i na fotce wyglądają nie tak ciekawie jak w rzeczywistości.
Milky Way - bardzo jasny i super opalizujący pastelowy fiolet. Miks fioletu, różu i ecru daje ciepłą, miłą tonację.
Cosmic - równie błyszczący i uroczy co Milky Way, ale o chłodniejszej tonacji. Oba błyszczą jak szalone!




Meteor - chłodny ecru z niebiesko-zielonymi tonami.
Comet - śliczny, śliczny miętowy, bardzo jasny i chłodny.
Earth - liczyłam w sumie na zieloną ziemię, ale ten niebieski też jest całkiem ładny. Dzięki tej marmurkowej strukturze cień daje różny efekt w zależności od tego, z którego miejsca go nabierzemy.
Neptune - umiarkowanie lubię takie kolory, ale jestem pewna, że Neptune będzie się podobał wielu osobom. Piękny, metaliczny niebieski. Dodałam go w zewnętrzy kącik do Earth i Comet - fajnie wtedy wygląda.
Electra - bardzo jasny, mroźny niebieski.



Mercury - chłodny i dość jasny, opalizujący brąz.
Mars - ciepły brąz.
Asteroid - napisałabym, że to taki neutralny brąz, ale ten dodatek niebieskiego sprawia, że powstaje z tego wyjątkowy i wielowymiarowy miks. Śliczny.
Moon - jest niesamowity, bo niby zwykły szarobury, ale pokazuje mnóstwo srebrnego połysku, piękne to wygląda.
Pluto - ciemniejszy szarobury, po nałożeniu połyskuje pięknym, zgaszonym fioletem. Niesamowity i niepowtarzalny cień!


Jupiter - niżej nakładany na sucho syntetycznym pędzlem na wilgotną skórę (przetartą płynem micelarnym); wyżej - nakładany syntetycznym pędzlem na mokro (zmieszany z Duraline). Te cienie są na sucho tak błyszczące i napigmentowane, że w sumie dodanie Duraline dużo nie zmienia. Ale będę kombinować i próbować różnych opcji.
W rzeczywistości Jupiter się cudnie skrzy błyszczącymi drobinkami, ale niestety mój aparat za cholerę nie chce tego pokazać :( 



Kombinuję już z makijażami, ale paletę mam od wczoraj, więc na porządną recenzję potrzebuję jeszcze sporo czasu. Pierwsze wrażenie – fantastyczna pigmentacja, dobrze się nakładają palcem i pacynką, mają super połysk i nieźle się trzymają w ciągu dnia. No i te boskie kolory i fantastyczne opakowanie!




Jak na razie moimi faworytami są: różowo-złoty Saturn, pomarańczowy Venus, koralowy Jupiter, fioletowy Milky Way, srebrnawy Moon, szaro-fioletowy Pluto i miętowy Comet. 

Jak Wam się podoba "Galaxy Chic"? Kto z Was też lubi kolorowe cienie do powiek? :) 



Copyright © 2016 paulinaweiher.pl , Blogger